Ciało

Rozsypały się figurki w środku

Trzylatka trąciła niechcący mglistą otoczkę czegoś, co jeszcze niedawno było mamą. Rozsypały się figurki w środku. Ciało, na materacu, już nie czuje się. Ona płakała, wezwano Służby. Wyważono drzwi, i….
Dziecko – Pogotowie Opiekuńcze, ciało – szpital.
Ciało bez ruchu. Słuchawką tylko można wysłuchać bicie serca. Sto pięćdziesiąt na minutę. Boi się…
Dostaje Lorafen i Haloperidol. Klozapol nawet. – Figurki w środku potrzaskane, nie chcą udawać choćby w karykatury Porządku.
Ciało nie czuje się nadal.
Wypisano je po dziesięciu tygodniach podtrzymywania życia. – Rurka do żołądka, jedzenie przez rurkę. I leki.
Dziesięć tygodni NFZ przewiduje na leczenie.
Ciało wychudłe, zniszczone, odesłano na internę. Napisano: Kacheksja. Katatonia. Zapalenie płuc. Ponoć nie chcieli przyjąć tego Zapalenia.
Co z dzieckiem?

Pomiędzy

Nie potrafię przypomnieć szczegółów. Jakieś ruiny grobowca, wszystko się wali, oderwana, niemiecka tablica z nazwiskami leżących tu zmarłych. Nie pamiętam tego wszystkiego. Ani kształtu rozwalonej bramy, ani oderwanego krzyża; nie wiem, gdzie ten grobowiec znalazłem podczas podróży przez lasy Północno-Zachodniej Polski.
Pamiętam tylko dwie rozbite trumny, puste w środku. Pachniały śmiercią, ale nie mogłem jej znaleźć. – Ktoś wyciągnął szkielety, rozgrabił lub pochował gdzie indziej – może na parafialnym cmentarzu w rodzinnej miejscowości? Wywiózł do ojczyzny? Ten grób dawno przestał być w Niemczech.
Pamiętam śmieci i porozrzucane, zużyte prezerwatywy. Jakby śmierć była pretekstem do robienia wszystkiego w kierunku życia. Jakby do tego grobu przychodziła cała okoliczna młodzież, żeby pieprzyć się bez ustanku. Setki prezerwatyw, ruiny, być może bez dachu, z rozbitymi drzwiami, być może otwarte trumny, puste, puste…!
Próbowałem odnaleźć to miejsce, szukałem po znajomych miejscach w Zachodniej Polsce, pamiętam, że skręcało się gdzieś w las z głównej, kilka kilometrów przed wsią.
Nie znalazłem.
Pozostał. Pusty grobowiec i setki zużytych prezerwatyw. I luka w pamięci pomiędzy nimi.

Z perspektywy umierania nie będziemy mieli alternatywy

Czas najpierw szedł powoli
przechadzał się po tafli jeziora
we mgłach jego zarys
pachniał sosną wiatrem w koronach
był zbitym z dwóch gałązek krzyżem
kapał słowami z kartki
naiwnymi pierwszymi
jak miłość niewinnymi

później coraz szybciej
od wyjazdu do wyjazdu
pomiędzy nimi kurczył się
jakby chciał ostrzec

przyspieszał
dzień do dnia
wczoraj kochałem
nasz syn
byłby w jej wieku
wtedy

dzieci?
bez przystanku
zegar bim-bom

pobudka
z przedszkola
zły – dobry
sen

powszednie święto
słowa na kartce
o iks lat później
bardziej ślepe

kiedyś się kończy
droga
urwisko
nagle
zła wiadomość
albo nie

kończy się

Resurectio

spotkała Jezusa
Maria Magdalena
gdy wracając od grobu
nie znalazła ciała

stanął przed nią
„odejdź kobieto” rzekł
„nie dotykaj”
„nie idź za mną”
bo tam gdzie ja
nie ma życia

jest śmierć każdemu
kto przeszedł

gdy wniebowstąpię
coraz duszniej będzie
na chmurze brak powietrza
wyżej rozrywa próżnia
na strzępy

to twe Niebo
wymarzone

„Noli me tangere”
tak powiedzieć miałem
nie znając łaciny

Brak…połowy…mnie

Od zawsze czułem, że – kiedyś, w łonie matki – było nas dwóch. Dwa zarodki, dwie morule, blastule, dwie blastocysty, może nawet dwa płody…? Jeden obumarł, urodziłem się sam, jego wchłonęła tkanka matki, lub zniknął gdzieś w odchodach płodowych. Biologia tak ma. Nierzadko.
Teraz czuję połówką, na wpół-myślę, na wpół-się-modlę, na wpół-jestem…
Szukałem brata-bliźniaka, nie mogłem znaleźć, bo On nie żyje. Nie ma nawet grobu, by mieć gdzie opłakać stratę…………

Bratu
Ty, który nie ujrzałeś światła
Słońca, zapachu Ziemi nie poczułeś
nawet sterylnej sali szpitala
Nic.

Nikt nie wie, że byłeś
A byłeś, jestem pewien
Brak zbyt doskwiera
Żałoba niedomknięta
i pragnienie śmierci

Zrobiłem Ci grób
w krzyżyku zbitym
z chorych gałązek
co to stoi na pustej półce
pod sufitem

Zrobiło się lżej
bo
groby są dla żywych
tylko dla żywych

„Jezu, ufam Tobie…” Zapomniałem, jak to szło dalej.

Pomyliłem się, wybrałem źle.
Teraz nie mam siły dla
tych, co najważniejsi
wypaliłem się dla obcych.

Czterdzieści lat, to bliżej do starości.
Inercja ciągnie w dół,
bronię integralności
mnie.

Kawa za kawą
nie dają siły,
dawno przestały,
piję z przyzwyczajenia.

Złości hałas, tak potrzebny
do Życia.
Jestem przedsionkiem
Śmierci,
jestem Nic
Pustka
Wieczność.

To nie tak, nie tu, nie w ten sposób.
Za późno na żal,
jednak przychodzi, bo
najgorzej wybrać źle.

Tato?

Gdzie byłeś wtedy, Tato?
Pamiętam, opowiadałeś mi o Wszechświecie, o historii Polski, o wszystkim. Pisałeś wierszyki na Pierwszego Maja, które potem recytowałem w przedszkolu… Później zniknąłeś. Na wiele lat.
Odkąd pamiętam, wchodziłem w rolę ofiary. Byłem „grzecznym dzieckiem”, Mama się cieszyła.
– Taki nad wiek dojrzały – mówiła.
Dojrzały? – Bzdura.
Podsycała – niechcący – dupowatość własnego syna. Nikt nie nauczył, żeby oddać koledze z przedszkola, gdy ten da po ryju. Mama wolała, żebym poskarżył się Pani…
Kto nie robi błędów wychowawczych?
Trochę przebojowości nauczyły mnie studia. – Późno, za późno. – Jestem, kim jestem. Wyciągnąłem wnioski…
Tosia.
Za często wchodzi w tę niedobrą rolę. Ofiara-kat. Para wlecząca się przez całe życie, jeśli nie zmienić jej dostatecznie wcześnie. Ofiara zawsze zostaje katem w odpowiednich warunkach. Na przykład, gdy się boi. Kiedy może…
– Tosiu, zabierz tę łopatkę Nusi. Zabrała ci, to podejdź i zabierz. Nie uciekaj. Możesz powiedzieć: „Oddaj łopatkę, jest moja”.
Tosia powoli się uczy. Jest trochę podobna do mnie. Jeśli nie zmienimy jej schematów, będzie dawać się wykorzystywać. Będzie wykorzystywać innych. – Bolesne nauki jej mamy i taty nie powinny iść na marne. – Ponoć nauki z dzieciństwa są ważne. Rzutują na całe życie.
Moje Maluchy tak często budzą się z płaczem. – Co im się śni…?