Chłód po burzy

Ból rozstępujących się mgieł. Strach tęczy rozpostartej nad dachami domów. Ostrze sosen rozpostartych pomiędzy niebem a ziemią, nie dających schronienia przed światłem słońca. Chłód wody, gdy zanurzyć w niej rękę; mech – zwiastun choroby – miękki i lekko wilgotny: połóż się, zaprasza, popatrz w korony drzew.
Burza rażąca piorunem. Wokół czuć swąd spalenizny. Leżysz pokryty deszczem.
Nie udało się uciec.

in excelsis

Grześkowi, on wie dlaczego

Obskurny robotniczy hotel. Albo dyskoteka, bar. Kobiety i mężczyźni. Wiek nieistotny, ani miejsce. Istotny jest kibel, cuchnący publicznym brudem, tu przychodzą. Parami, zaludniać ziemię na mięso. Mięso dla armat, zysku, czy choćby kręcenia się dalej tego taniego stroboskopu.
Rano pójdą pracować do nocy i znów tak przez sześć dni, by w tym czasie bóg stwarzał świat. I znów – z obskurnej pryczy do obskurnego kibla, jak co tydzień, dopóki nie skończy się wódka. Błotem rąk, brudem narządów, cuchnącym oddechem. Gdy dochodzą do nowych pokoleń, dyszą:
Chwała na wysokości –

„…sovieticus”?

cybernetyczni znajomi
oznaczają na cudzych zdjęciach
dają mi lajki i piszą posty

maszyny intela fejsbuka gugla
i bóg wie czego jeszcze
tworzą cyfrowy portret
długość szerokość masa
zainteresowania i wygląd
szelest oddechu lub słowa
PESEL NIP adres dzieci
przestępcze odciski palców

włażą do domu razem
z wirtualnym napędem do słuchania muzyki
telewizorem z kamerką lub dotykowym ekranem
smartfonem w kieszeni

dane dane na tacy
algorytmy jak bóg
z wolnych wyborów wyszukiwarek
klikanych reklam i zainteresowań
kleją
Homo cyberneticus

suicidum

kapie z kranu pękła uszczelka
kap – kap – kap
mokra głowa włosy wiszące w dół
kap – kap – kap
rdza przeżarła rynnę dziura
kap – kap – kap
lot anioła
kap

Zwiałbym z Fejsa, ale założyłem obrożę

na facebooku ruch

uch uch uch

pani zrodziła pana

zupełnie rozebrana

selfiki lajki w dechę

serwerom na pociechę

 

Zaraz wrzucę hostię, niech wiedzą, że

to coś od hosta