chmura

głowa w los angeles szyja w vanuatu
członek zmrożony nie staje w murmańsku
brzuch jest tu

na tysiącach serwerów zapisane
ja-ja-ja-ja-ja-
porozdzielane w globalnej wiosce
patrzę w ekran tu
odnajduję tożsamość
zapisaną w chmurze obliczeniowej

co będzie jak zabraknie prądu?

moje niebo

słońce ciemnieje na nieboskłonie
upadają kruche promienie
rozsypują się zanim
je zobaczę

biegłem smagany batem
niepotrzebności. otrzymanym z rąk matki
przejąłem jak sztandar
(gdy łopotał na wietrze
ranił plecy i podbrzusze)

zbędność z uniesioną głową

nie narodziło się dziecko
tylko te akty zgonów
podbijane jeden za drugim

teraz podkręcam kaloryfer
ubieram dziesięć par
podkoszulków

w południe twarz ku górze
nie ogrzeje oczu kryształ
gasnącej gwiazdy

jest coraz słabsza
jak dopalający się pet
brak pomysłu na dalszy ciąg
topniejący śnieg

niebo chyli się ku wieczorowi
matowy promień oplata
nawet niepotrzebny człowiek
nie rozpali słońca

palec

Pamięci Zbigniewa Herberta

najdziwniejszy jest Chrystus kiedy się waha
jedna ręka przybita do krzyża
druga wzniesiona w geście triumfu
pan Jezus waha się

widzi człowieka któremu zegar bije
już dusza opuściła ciało
i czeka niepewna nad czołem
na wyrok potępienia lub chwały

waga uczynków kieruje do piekła
ale serce jego dobre
było lecz czas niepewny
w grzechu zamknął wolę

Chrystus palec wzniesiony ku niebu
opuszcza ku jałowej ziemi
pamięta karę skazanego Barabasza i
otwiera bramy piekła

wstydzi się teraz tej chwili słabości
kiedy prawo niemal złamał
chcąc darować grzechy w serce czyste patrząc
sprawiedliwość jedna jest:

za winę kara
palec w dół

kropla nikotyny

jest coś magicznego w geście
zapalania papierosa zapałką
ogień płonie wyodrębniając cienie z twarzy
dym papierosem do tkanek

jest coś pięknego w geście
palenia papierosa przez wariata w szpitalu
w palarni pełnej dymu
trucizna płacze do środka

do gardła płuc serca
do palców
kap

Chłód po burzy

Ból rozstępujących się mgieł. Strach tęczy rozpostartej nad dachami domów. Ostrze sosen rozpostartych pomiędzy niebem a ziemią, nie dających schronienia przed światłem słońca. Chłód wody, gdy zanurzyć w niej rękę; mech – zwiastun choroby – miękki i lekko wilgotny: połóż się, zaprasza, popatrz w korony drzew.
Burza rażąca piorunem. Wokół czuć swąd spalenizny. Leżysz pokryty deszczem.
Nie udało się uciec.

in excelsis

Grześkowi, on wie dlaczego

Obskurny robotniczy hotel. Albo dyskoteka, bar. Kobiety i mężczyźni. Wiek nieistotny, ani miejsce. Istotny jest kibel, cuchnący publicznym brudem, tu przychodzą. Parami, zaludniać ziemię na mięso. Mięso dla armat, zysku, czy choćby kręcenia się dalej tego taniego stroboskopu.
Rano pójdą pracować do nocy i znów tak przez sześć dni, by w tym czasie bóg stwarzał świat. I znów – z obskurnej pryczy do obskurnego kibla, jak co tydzień, dopóki nie skończy się wódka. Błotem rąk, brudem narządów, cuchnącym oddechem. Gdy dochodzą do nowych pokoleń, dyszą:
Chwała na wysokości –