Wypalenie (Tumiwisizm)

Od rana słowa pacjentów przechodzą mi przez głowę: „pan kradnie”, „pan kłamie”, „zadzwoń do domu”… Drzwi otwierają się z trzaskiem, czasami po pukaniu, czasami – bez. Coraz bardziej nie mogę tego słuchać, kiedyś miałem więcej cierpliwości, badałem dłużej, więcej uwagi… Teraz – może trochę więcej doświadczenia, ale wiem, że umykają mi cudze słowa, nie staram się szukać logiki pacjenta, nie mam na to siły…
Coraz gorzej. – Kiedyś byłem dobrym lekarzem.
Teraz zamykam dyżurkę na klucz.
Uczę się od kierowniczki, zwanej zwyczajowo ordynatorem, że z pacjentami się nie rozmawia.
Tak jest łatwiej.

Przedostatnie namaszczenie

Przyjęto umierającego. Przyjechał z innego szpitala. Ma znamiona śmierci – plamy opadowe, jeszcze za życia, wcześniej tylko raz to widziałem. Jest na wpół przytomny, reaguje na głos zwróceniem głowy. – Przerażona żona awanturuje się, twierdzi, że miał jechać na konsultację, nie do „zakładu psychiatrycznego”. – Człowiek leży, ma znaczne trudności z przełykaniem. Według skierowania, halucynuje i nocami bywa pobudzony.
Piszę w karcie „stan terminalny”.
Miejcie miłosierdzie i nie próbujcie go reanimować.
– Kto go tu, kurwa, przyjął?
Ksiądz, wezwany, nie przyszedł do szesnastej, gdy opuszczałem szpital. – Czasami myślę, że księża nie wierzą w sakramenty, których udzielają. Albo rola ich przerasta. Ja nie wierzę w sakramenty, ale umierającym się należą, zresztą mam na ten temat własną koncepcję: pół-wiary.
Medycyna jest nieludzka, opieka zdrowotna pogłębia to zjawisko. – Czego więc chcecie ode mnie? – Udzieliłem sakramentu słuchawki. Na tyle mnie stać.

Palec Dyrekcji

Wszystkim kierownikom zwanym zwyczajowo ordynatorami

W tym Mieście, w szpitalach, już dawno nie powołuje się ordynatorów z konkursu. Plakietki z takim napisem noszą Kierownicy, zwyczajowo zwani ordynatorami.
Niektórzy tracą zdrowy rozsądek.
Okres wypowiedzenia, czyli wylotu ze Stołka, trwa dwa tygodnie. Bez podania przyczyny. Dyrektor może odwołać, zmienić, przenieść…
Nie można nawet uczciwie brać łapówek.
Dziś jest – jutro nie jest.
Plakietkę nosi ktoś inny.
Są tacy, którzy zgadzają się na te warunki. Lubią splendor. Albo dodatek funkcyjny.
Splendor wiąże się z odpowiedzialnością. Dodatek można stracić, łatwiej zabrać część dodatku, niż część pensji.
Odpowiedzialność? Pozór Splendoru? – A może lizanie d…?
Niepewny jest Palec Dyrekcji…
Psychopatologia funkcji kierowniczych.
Plakietka. Pieczątka. Tabliczka na drzwiach, której treść wprowadza w błąd: „Ordynator”.
Niestety niepewność Stołka ogłupia.
Ja, jako asystent Plakietki…
…boję się.

12:17

Pacjent. Uzależniony. Wyszedł z delirium, czeka na odwyk. Budowlaniec.
Nudzi mu się, więc biega z centymetrem i mierzy. Chciałby naprawić źle domykające się drzwi. Albo okno.
Ale nie może.
Jest pacjentem.
Budynek Oddziału jest jeszcze na gwarancji. Świeżo po remoncie. Ciągle się coś psuje: a to dach przecieka, a to nie domykają się wejściowe drzwi… I drobiazgi: spłuczka, okno…
Przyszedł. Mówi, że budynek powinien przejść generalny przegląd. Pyta, gdzie to zgłosić.
Nigdzie.
– Jak pan wyjdzie, może pan wysłać pismo do Dyrekcji. Najlepiej jeszcze do wiadomości Właściciela Szpitala.
– Na razie proszę zrobić listę usterek i zgłosić Oddziałowej. Ona prześle ‘drogą służbową’…
Wiem, że to nie aniołek. Wiem, że chce się przypochlebić. Chce być lubiany…
Ale ma rację. – Budynek wymaga przeglądu. I ciągle coś się psuje. A „koszty amortyzacji” wysokie…
Wydano miliony z funduszy publicznych. To nie pierwszy budynek, który sypie się kilka lat po generalnym remoncie. Najgorszy developer nie oddałby czegoś takiego.
Cóż, szpitale rządzą się własnymi prawami.
Niech zrobi listę. Oddziałowa prześle do Działu Techniki. – Przyjdą po miesiącu, stwierdzą, że „się nie da”. Żeby „zgłosić Wykonawcy”.
Drogą służbową, przez Dyrekcję?
Od Nowego Roku przenoszą mnie na Oddział, którego budynek grozi zawaleniem.
Podobno pracuję „w szczególnych warunkach”. Mogę sobie iść wcześniej na emeryturę.
Jeśli nic mi wcześniej nie spadnie na głowę.
Wesołych Świąt!

Nie chce mi się więcej pisać

…już tylko rzucam okiem na wchodzącego. Uwagę przykuwa Monitor. „CtrC”-„CtrV”. Przydatne skróty: „kopiuj”-„wklej”. Zamieniam kilka słów. Nie patrzę. Uwadze umyka co najmniej połowa szczegółów. Recepty. Później zaznaczam szablon, wklejam tam, gdzie trzeba. Gdy skończę, drukarka wyrzuci wielkie kartki papieru, zapisane w połowie. Z jednej strony. Teraz wszystko drukuje się na kartkach A4. Podbijam pieczątkę. Stawiam parafkę.
Ekologia.
Dzisiaj pełna poczekalnia…
„Misją Szpitala jest zapewnienie opieki medycznej wszystkim pacjentom oraz zaspokajanie Ich potrzeb i oczekiwań przez udzielanie świadczeń zdrowotnych o najwyższym standardzie” (pisownia oryginalna z preambuły do certyfikatu ISO).
Zapewniam „najwyższy standard”.
Mam wrażenie, że kiedyś był lepszy, ale teraz jest „najwyższy”.
Stosy papierów. Trudno się w tym połapać. Podwójna dokumentacja, zapewniająca możliwość kontroli on-line.
Nie chce mi się więcej pisać. Wracamy do czasów…
…sprzed Wojny.
Trwoga
być
chorym.

Szpital im. Świętego Ludwika

Stary budynek. Przed wejściem nie tkwią huczne hasła wykute w marmurze. Dopiero niedawno zrobiono tam remont. Wcześniej karaluchy wychodziły spod starego linoleum.
Nie ma reklamy w mediach.
Gdy Żona zawiozła tam sześciodniowe dziecko, wykonano szereg badań, szybko przetoczono płyny. Jeszcze bez wyników posiewu włączono antybiotyk; położono na sali dla malutkich dzieci.
Łóżko polowe dla matki. – Niedawno trzeba było wziąć ze sobą materac…
Codziennie o trzynastej udzielano informacji o stanie Idzika. Ordynator patrzyła na ręce stażyście, by nie zrobił błędu.
Młodzi lekarze muszą się uczyć.
Na ścianach informacje o tym, że zakażenia szpitalne roznoszą się z dziecka na dziecko; przypomnienie o myciu rąk.
Może to ważniejsze, niż napis przed wejściem: „Salus aegrotis suprema est” („Zdrowie pacjentów jest najważniejsze”).
Idzik nabrał kolorków już kolejnego dnia. Zaczął jeść, normalnie oddychać… Spadła gorączka.
Nikogo nie musiałem pilnować. Zajęty opieką nad Tośką, byłem u nich tylko raz…
Tak, denerwowałem się.
Ale ktoś musiał złagodzić rozpacz starszego dziecka. Mama tak nagle zniknęła, zabierając ze sobą „Bo-bo”. Ktoś musiał dać jeść, iść na spacer, położyć do snu…
Do szpitali nie wpuszczają małych dzieci.
I dobrze.
Wypisano ich po ośmiu dniach. Zlecono kontrolę w Poradni. Synek nigdy wcześniej tak dobrze nie wyglądał: wrzeszczał, jadł, machał rączkami tak, że dostałem sztangę w nos…
Zdrowy noworodek. Wreszcie.
Odbierając ich spod szpitala, miałem Tośkę w samochodzie. Nie było okazji powiedzieć nawet „Dziękuję”.
Dziękuję. – Ktoś zajął się Maluchem tak, jak trzeba. Nie bacząc na koszty i reklamę w mediach.
Bo lekarz ma leczyć, nie myśleć o finansach.
Od liczenia kasy jest dyrektor do spraw ekonomicznych. I księgowa.
Wszystko na swoim miejscu?
Nie wiem, co będzie dalej…
Gdy byliśmy do kontroli okazuje się, że jednak opieka ambulatoryjna leży.
Jak wszędzie.
Pozostają prywatne wizyty. W Kraju bezpłatnej opieki zdrowotnej.
Tu: „(…) Dwa plus dwa (może się) równać pięć, siedem, ile Pan każe…” (G. Orwell – „Rok 1984”).
Pomniki, Napisy, Hipokryzja. – Gdzieś pomiędzy tym schowani są jednak Ludzie…

Skargi

Nie jestem stworzony do pisania skarg. Dziś straciłem kilka godzin na zredagowanie pisma skarżącego Oddział Neonatologii, skąd wypisano Idzika. – Na razie tylko do „Kierownika”. – Ginekologia odpowiedziała; z treści można by wnosić, że nie mają dostatecznej obsady dyżuru, by wykonać pilny zabieg.
Może liczą na „prywatnych” lekarzy?
Synkowi zawyżono „APGAR” – skalę oceniającą stan urodzonego dziecka. I nie sądzę, żeby pediatra nie umiał ocenić…
Sam bym zawyżył, widząc błąd kolegi.
Jestem wściekły, bo wypisano Synka po trzech dniach, nie wykonując prawie żadnych badań. A – urodzony w zamartwicy – miał spore ryzyko powikłań. U sześciodniowego dzieciaczka rozwinęło się zapalenie płuc. – Noworodki często nie gorączkują, trudno uchwycić, że coś bardzo groźnego się dzieje.
Idzik jest silny: 38,8 stopnia. – Mama pojechała z nim do innego szpitala…
Nie jestem stworzony do pisania skarg. Ale czasami nie można udawać, że nic się nie stało.
Skądinąd wiem (niestety za późno), że Szpital Narutowicza oszczędza na wszystkim. Nie ma ordynatorów, są Kierownicy oddziałów. Lekarze dyżurują „na kontraktach”, często po kilka dni z rzędu; dyżury nie są należycie obsadzone…
Standard. – W mojej Pracy też tak jest. – Patologiczny System wciąga, jak w bagno.
Nie zlikwiduję kolejek do specjalistów, „naciągania” statystyk, łapówek, „prywatnych dyżurów”, bez których często się nie obędzie…
Mogę wyrazić sprzeciw.
Sam jestem lekarzem tkwiącym w Systemie. – Powinienem…
Nie pójdę do sądu; prawnicy to kolejna patologia…
Idzik przeżył. Ma się dobrze. – Ktoś, nie bacząc na koszty, zajął się nim troskliwie. – Są lekarze, którzy nie zapomnieli, że ich rolą jest LECZYĆ. Nie – liczyć.
Wysłałem tę kolejną skargę. Jeszcze nie do Dyrekcji Szpitala. Jeszcze nie do mediów. Czekam na odpowiedź. Dwa tygodnie. Później się zastanowię, czy podejmować kolejne kroki. I jak daleko.
Nie jestem stworzony do pisania skarg. To wypala. Mnie.
Szpital Narutowicza zapewne ma to w dupie. – Dokumentacja się zgadza, warto opłacać prawników…