Ciało

Rozsypały się figurki w środku

Trzylatka trąciła niechcący mglistą otoczkę czegoś, co jeszcze niedawno było mamą. Rozsypały się figurki w środku. Ciało, na materacu, już nie czuje się. Ona płakała, wezwano Służby. Wyważono drzwi, i….
Dziecko – Pogotowie Opiekuńcze, ciało – szpital.
Ciało bez ruchu. Słuchawką tylko można wysłuchać bicie serca. Sto pięćdziesiąt na minutę. Boi się…
Dostaje Lorafen i Haloperidol. Klozapol nawet. – Figurki w środku potrzaskane, nie chcą udawać choćby w karykatury Porządku.
Ciało nie czuje się nadal.
Wypisano je po dziesięciu tygodniach podtrzymywania życia. – Rurka do żołądka, jedzenie przez rurkę. I leki.
Dziesięć tygodni NFZ przewiduje na leczenie.
Ciało wychudłe, zniszczone, odesłano na internę. Napisano: Kacheksja. Katatonia. Zapalenie płuc. Ponoć nie chcieli przyjąć tego Zapalenia.
Co z dzieckiem?

tak tak tik tak

mysz mysz a-kysz
wesz wesz a-mesz
wiś wiś a myśl
w formalinie
kurwozjadacz
strach na dzieci
co to znaczy
kosz na śmieci?
nie wiem nie wiem
nie rozumiem
kurwozjadacz
ja nie umiem
znaleźć sensu w słusznej sprawie
przecież świata nie wybawię
wam dobranoc
spać

Egaz Moniz

Do chirurgii duszy wystarcza szpikulec do lodu, młotek i operator wiedzący lepiej. Leukotomia przedczołowa była powszechną metodą lecznictwa USA i cywilizowanego świata. Dawała wymierne efekty, zabierając pacjentom duszę.
Czasem umierali. Takie powikłanie, w zasadzie nie ma różnicy.
Krzyk, agresja pacjenta, lub kara za złe zachowanie były wskazaniem do…
„Lot nad kukułczym gniazdem”?
Najwięcej zabiegów wykonano w Stanach Zjednoczonych i Norwegii. Historia lubi się powtarzać. Właśnie stamtąd przylatują samoloty z Polakami, którzy zachorowali. Samoloty ze zmumifikowanymi przez leki ludźmi. – Trzy dni, najtaniej, mega dawki leków. Później samolot do kraju, skąd przyjechali.
Najczęściej bez pielęgniarki.
Karta informacyjna po angielsku.
W szpitalu w Polsce po kilku dniach forsowanej diurezy, taki Wariat otwiera oczy.
Dobra tradycja pozostaje w krajach, gdzie wszyscy żyją szczęśliwie.
Teraz jawnie nie stosuje się lobotomii. Nagroda Nobla w dziedzinie medycyny została. Wiecie, gdzie ją mam?
O tu –

” Z opowieści szpitalnych” – Epilog

Dużo się zmieniło. Oddział. Kierowniczka, zwana zwyczajowo ordynatorem. System. Doszło kilka „certyfikatów jakości ISO”.
Teraz płacą mi za nieleczenie. Mam przynosić zysk.
– Wypisz ją.
– Ma wyciętą tarczycę, nie zażywała tyroxyny przez miesiąc.
– Nie będziemy tutaj leczyć tarczycy.
– Dobrze, już dobrze. Ale sprawdzę jej TSH, żeby zobaczyć, czy spada.
– Jak najmniej badań. Po co jej robiłeś w ogóle to TSH?
– Dobrze, dobrze…
Pani C. w delirium. Piła przez miesiąc, nie zażywała żadnych leków. Ma znaczną niedoczynność tarczycy. Dziwne, że żyje.
Nie dyskutuję z Kierowniczką. Niech ucichnie. Podniosę jej nieco ten Eltroxin, nie można zbyt szybko… Przetrzymam, ile się da.
Nie mamy umowy z żadnym szpitalem, czyli nie mamy dokąd wypisać pacjentów chorych somatycznie. – Dostaniesz zawału, czekaj na zgon. Albo organizm sam się wybroni…
Koszty, koszty… ‘Obłożenie’.
Coraz mniej chęci na współczucie. Coraz więcej walki z własnym szefem, z wciąż zmieniającymi się zaleceniami dyrekcji. O to, by leczyć. Leczyć. W ogóle.
Bo to przemiał PESEL-i.
Bardzo trudno o zachowanie jakiejkolwiek uczciwości i nie chodzi o bzdurne wzięcie „koperty”, tylko – zbyt często – o życie i zdrowie.
„Zgniłe jaja wypisywać. Jak najszybciej” – zalecenie Kierownictwa.
Za kilka dni:
– Dlaczego Pani C. jeszcze tu jest?!!!
– Ma nadal nie oznaczalne TSH. Może umrzeć.
– Rozmawialiśmy na ten temat. Dzisiaj do domu!
Odmówiłem podbicia karty informacyjnej. Napisałem wyjaśnienie, dlaczego.
Zwolniłem się z pracy mając dzieci na utrzymaniu. To moje dzieci. – Tamto: moi pacjenci.
Niby nie to samo, ale…
W podobny sposób niemalże umarł mój synek. Położna zawaliła, lekarze dyżurni ‘leczyli’. Pani Doktór wypisała widząc go przez kilkanaście minut. Trzy dni i zapalenie płuc…
„Zgniłe jajo…”

Wypis

Vacat. W miasteczku o sześćdziesiąt kilometrów stąd. Złożyłem podanie, CV (czyli: „życiorys” w skrócie). Czekam na odpowiedź, rozmowę z Dyrektorem…
W obecnej pracy, w Dziale Kadr, już nikt nie odpowiada na moje „Dzień dobry”. Pani Gosi udało się wykończyć mnie w krótkim czasie. Na nazwę „Babiński” skręca mnie w dołku.
Pracowałem tam niespełna osiemnaście lat. Miałem dobrą opinię.
Miałem. Teraz krążą jakieś dziwaczne plotki na temat mojej pracy. Dyrektor chyba zwija manatki, kończy swoje remonty, kładąc pięcio-milimentrową warstwę asfaltu na dziurawej drodze. Po ośmiu miesiącach zakład dostał możliwość przewożenia chorych somatycznie tam, gdzie powinni być leczeni. Dyrektor nie kiwnął w tej sprawie palcem, spotkanie z Marszałkiem województwa zainicjowali lekarze…
Choć kawałek etatu… Zapewne źle płatny, zapewne z dłuższym dojazdem…
Czekam na Wiadomość. Zadzwonię, przypomnę się. Niech widzą, że mi zależy…
Rata wzrosła. Zapewne skończą się musy i batoniki z Rossmana. Kredyt powoli zżera te „pięćset na dziecko”…
Tosia zaczyna podśpiewywać piosenki. Szybko uczy się wierszyków. Od poniedziałku ma iść do przedszkola. Niepublicznego, jesteśmy zbyt bogaci…

Zagrożenie bezpieczeństwa…

Nie, nie, nie!
Nie zamierzam wracać do takiej pracy. Szpital nadal nie ma podpisanej umowy na leczenie chorych somatycznie. Zbliżają się Światowe Dni Młodzieży. Miliony ludzi z całego świata, niektórzy trafią do Szpitala Babińskiego. Jeśli ktoś dostanie, na przykład, zawału, mogę go wypisać do domu i tylko do domu. Albo leczyć jak umiem. A nie umiem.
Pan Prezes-Dyrektor Kracik REMONTUJE.
Tak, remont jest ważny.
Prezes ma dobrą prasę.
Umowy nie będzie.
Wypisuję się stąd.
O zwykły rozsądek muszę pisać pisma, odmawiać pracy w bardzo, bardzo złych warunkach, gdy…
…nazajutrz okazuje się, że nie cały oddział musiał mieć wszystkie okna zabite dechami. Że nikt nie robił jeszcze nic z remontu elewacji.
Nie chcę tak.
To Miasto śmierdzi. Poszukam pracy gdzieś indziej, mogę dojeżdżać…
Pracowałem tu osiemnaście lat. Trzymali ludzie. Teraz przeniesiono mnie „za zgodą” do Zespołu, gdzie większość personelu boi się pacjentów.
Absurd? – Nie, zdarza się nie tak rzadko. – Im wyższe dawki ordynowanych leków, tym większy lęk przed chorym. – Łatwo poznać…
Znikam, jak kamfora znikająca szybko, gdy ją rozlać. Pozostaje zapach. Ostry.
Niektórzy go lubią. – Gwarantuje aseptyczność…

Tymczasem

Wchodząc do dyżurki, można odnieść wrażenie tymczasowości. Służbowy komputer, gołe ściany. Nic własnego. Krzesło, biurko. Na ścianie nie wisi żaden obraz. Na malutkim oknie z kratami nie stoi żadna roślinka. Zegar nie tyka. Gołe ściany. Pusta szafa, fartuch. Plakietka z imieniem i nazwiskiem i podpis: „lekarz”.
Rzucam plecak. Wyciągam własnego laptopa. Na wygaszaczu – zdjęcia dzieci, Himalajów, Beskidów, Andów. Miasta.
Rozkładam swój mały, tymczasowy świat na te niecałe osiem godzin. Przed wyjściem chowam wszystko, zakładam plecak na plecy.
Pozostaje pusty pokój, zakratowane okno. Zamykam drzwi tak, jakbym miał tutaj nie wrócić. Albo wrócić. Na chwilę.
Błoto przed budynkiem. Po deszczu wchodzę w zabłoconych butach. Zostawiam ślady. Wychodząc, przenoszę ten brud do Domu, do Drugiej Pracy. Nikt nie zasypuje dziur w resztkach asfaltu, nie usuwa tłustej ziemi. Pomimo monitów, czysto jest tylko przed willą Pana Prezesa-Dyrektora.
Pan Prezes ma czyste buty.
Pracownicy nie powinni mieć.
Pacjenci?
Tymczasem błoto odpada z obuwia. Nawet go nie czyszczę. Przecież to tymczasowo: pusta dyżurka, „ja” spakowane do plecaka. Jutro może mnie tu nie być. – Wtedy wezmę szczotkę, umyję pod bieżącą wodą…
Nie znoszę brudnych butów.