rozszczepienie atomu

Wierzę.
Wierzę w Unicestwienie.
Wierzę w jedyne nie-bycie, anihilację, entropię, rozpad.
Archetyp Duszy, co zmienia swój kształt po śmierci, to koszmar – najgorszy, jaki potrafię sobie przypomnieć.
Jeśli jest Bóg, Bóstwo, Siła Natury; cokolwiek, do czego lub kogo można by się modlić, próbuję błagać:
Zachowaj od Życia Wiecznego. By to, co czuło, przeżywało – „ja” – rozpadło się w dym, na miliardy cząstek, których nikt i nic nie zdoła poskładać.
Proszę, zniszcz mój każdy kawałek istnienia.
Nie pozwól odrodzić się.
Nie więź ni w Piekle, ni w Raju.
Zabij.
Zabij.
Zabij.
Nie chcę już
nic.

Ad contects (za Z. Herbertem)

Kamyk nie jest stworzeniem doskonałym.
Silny swą nieważnością, słaby nikłością rozmiarów.
Leży na drodze, trącają go samochody, nie ma chwili wytchnienia.
Kiedy przejedzie ciężarówka, rozkrusza kamyki na setki kawałków.
Tracą tożsamość.
To tak, jakby umarły.

Zbyt duży, by…

kot
zbyt duży by nie umrzeć z głodu
zbyt mały by zauważyć jadący
samochód

teraz leży
na drodze
jeszcze się rusza
(nikt nie dobił)

zmiażdżona miednica
i tylne łapy świadczą
o braku doświadczenia
w krótkim życiu

deszcz ze śniegiem
nie mam odwagi
podać zastrzyku z Tramalu
odwracam oczy

wracam do domu:
zimno i smutno

koniec listopada
nie rozgrzesza

cień-śmierć

Tak. Pamiętam kilka osób, które zabiłem.
Pierwszą, jeszcze na stażu, Panią Janinę. Wtedy płakałem w ubikacji, gdy zmarła. Później nauczyłem się tłumaczyć sobie, że to „wypadek przy pracy”.
Bo to były wypadki przy pracy.
Sołtys w Kamionce, nieco wstawiony, dostał lek, chociaż nie musiał. Zatrzymałem mu serce tym lekiem. Sanitariusz tak się trząsł, że musiałem za niego trzymać maskę tlenową przy reanimacji. On miał uciskać mostek, mniej precyzji trzeba…
Sołtysa nie dowieźliśmy żywego do szpitala. Później, z zimną krwią, odmawiałem rodzinie odstąpienia od sekcji zwłok. Denat miał zawał, nie wychodziło inaczej. A leki? – Kto, na rutynowej sekcji, bada leki? Chroniłem własny tyłek. Było Boże Narodzenie.
Pan Grzegorz, uzależniony od marihuany, mówił w ogromnym napięciu, że nosi przy sobie sznurek i czeka na okazję. Nie zdążyłem wezwać Pogotowia, wybiegł z poradni. – Do dziś wyrzucam sobie, że nie kazałem mu zapalić. – Może by żył, miałby ze trzydzieści pięć lat.
(…)
Pan Marek nadal leży podłączony do aparatury, po częściowo skutecznej reanimacji. Zadławił się śniadaniem. Prawdopodobnie miał zbyt wysokie dawki… Od dawna wprawdzie. Teraz wegetuje jak warzywo w którymś z okolicznych Zakładów Opiekuńczo – Leczniczych.
(…)
Wypadki przy pracy. Objawy niepożądane. Powikłania. Wszystko rozmywa odpowiedzialność…
Nie było i nie będzie spowiedzi. Nie będzie morału. Jest kilka obrazków, każdy tragiczny; najmniej dla mnie. Nie przedstawiam „okoliczności łagodzących”. Natrętnie czytuję klepsydry na murach.