moje niebo

słońce ciemnieje na nieboskłonie
upadają kruche promienie
rozsypują się zanim
je zobaczę

biegłem smagany batem
niepotrzebności. otrzymanym z rąk matki
przejąłem jak sztandar
(gdy łopotał na wietrze
ranił plecy i podbrzusze)

zbędność z uniesioną głową

nie narodziło się dziecko
tylko te akty zgonów
podbijane jeden za drugim

teraz podkręcam kaloryfer
ubieram dziesięć par
podkoszulków

w południe twarz ku górze
nie ogrzeje oczu kryształ
gasnącej gwiazdy

jest coraz słabsza
jak dopalający się pet
brak pomysłu na dalszy ciąg
topniejący śnieg

niebo chyli się ku wieczorowi
matowy promień oplata
nawet niepotrzebny człowiek
nie rozpali słońca

Preparat

Czasami sens życia ujawnia się dopiero po śmierci. – Prorok Nazepam.

Skrwawiono mnie według sztuki. Jak byka, pozwalając ujść krwi przez nacięte naczynia szyi, gdy wisiałem głową w dół. Później przepisowe miesiące leżenia w wannie z formaliną, podłączone rurki wypełniające krwioobieg nową substancją.
Spieszyli się. Zawsze jest za mało preparatów dla studentów, a moje życie nabrało sensu dopiero po śmierci.
Jestem preparatem do nauki anatomii.
*
Najpierw nie miałem szczęścia. Później znowu nie miałem szczęścia. I tak ciągle. Umarłem na raka żołądka. Śmierć szybka, choć bardzo bolesna. Teraz leżę na stole sekcyjnym, otoczony wianuszkiem głów. – Ich ciekawość, obrzydzenie, litość… Studenci medycyny uczą się.
*
Najpierw preparowali rękę. Czyli „kończynę górną”. Ściągnęli skórę, odsłonili żyły i tętnice. Powięź, mięśnie. Spod pachy wycięto mi węzły chłonne. Wyglądały, jak żółtawe serduszka.
„To dla Was” – pomyślałem, jeśli zwłoki w ogóle potrafią myśleć. Polubiłem ich od razu. Nikt nie śmiał się, nie jadł śniadania w mojej obecności. Patrzyli z szacunkiem.
Nagle
preparującej dłoni obsunął się skalpel, przeciął żyłę ramienną.
Z niewielkiego otworu zaczęła sączyć się…
bezbarwna, formalinowa…
krew.
*
Ręka poszła w niepamięć. Leży sobie, już nikt jej nie dotyka. Dziś przyszedł Wąsaty Pan z wielkim sekatorem. Śmierdział wódką, ale ciął równo moje żebra, tuż-tuż przy mostku. Gdy skończył, odłożył na bok. Ujrzeli moje serce: żółtawe, twarde. – Za życia paliłem sporo, miażdżyca dała o sobie znać…
Podszedł inny, starszy, w białym fartuchu i plakietce nad kieszonką. – Wprawne ruchy skalpela. – Nie minęło wiele czasu: worek osierdziowy, duże naczynia…
Ciach, wyciągnął serce. Teraz leży na tacy a Oni tną je wielkim kuchennym nożem.
Nie mam serca. – To nic. – Bez tego i tak można być martwym.
*
Wyjęli płuca. Zrobiło się całkiem sporo miejsca. Można by tam schować cały woreczek złota. Albo wielką piłkę-zabawkę dla dzieci. Nie myślałem, że mam w sobie tyle przestrzeni.
Pocięte serce odniesiono gdzieś poza wielkie drewniane drzwi pomalowane na biało. Na tacy tasakiem tną płuca czarne, jak smoła.
– Płuca palacza – powiedział ten starszy z plakietką.
Przecież mówię, że dużo paliłem. Lecz nikt mnie nie pyta. Jestem tylko przedmiotem na aluminiowym stole w kształcie rynienki. P r e p a r a t e m.
To i tak lepiej, niż przed śmiercią: niepotrzebny nikomu. Teraz służę do nauki. Chociaż na coś się przydaję. Nie muszę być podmiotem.
*
Brzuch mi ładnie wyczyścili. Nie mam czego się wstydzić. Formalinowe jelita, formalinowa wątroba, śledziona, trzustka. Żołądek obrośnięty chaotyczną tkanką, rurka zza skóry do środka. Przed śmiercią dawali mi przez nią jeść. – To mój rak, który zabił. Wycięto i wyrzucono. – To lekcja anatomii prawidłowej. A ja prawidłowy nie jestem. Przynajmniej nie tutaj.
Gdy zdzierano skórę z penisa, by pokazać ciała jamiste, czułem się nieswojo.
Czy martwy człowiek jest „swój”? Czy „niczyj”. – Ja należę do Zakładu Anatomii. Wreszcie jestem czyjś. – A ciała jamiste, to zwykłe dziury. Gdyby wlewała się tam krew, miałbym wzwód.
*
Wiosna za oknem. Otwarto je. Jakiś student ciągle kicha od tej formaliny. – Życie ma sporo wad…
Nogi zostawili w spokoju. Podobno już się o nich uczyli. Przynieśli nie-należącą-do-nikogo „kończynę dolną”. Moja leży nietknięta skalpelem. – Pewnie za rok potną na kawałki…
Brakuje preparatów. Każdy, kto się tu znajdzie, zostanie wykorzystany do ostatniego strzępka najmniejszego nerwu. Tak jak ta pani w drugim pomieszczeniu, bez nóg. Plotka głosi, że wpadła pod pociąg. Bezdomna. Opieka Społeczna nie miała pieniędzy na pochówek, więc oddano zwłoki Nauce.
Nie wierzę w pogłoski.
*
Ważny dzień. Dziś ściągnięto mi twarz, zwinięto w rulon. Jutro przyjdzie Wąsaty z piłą mechaniczną i rozetnie czaszkę. W środku mam mózg, już nieprzydatny… Ten starszy wyjmie; będą wyobrażać sobie bruzdy i zakręty na korze. Później, tak jak serce i płuca – pod nóż.
*
Na noc odwijają twarz, przykrywają prześcieradłem. Wyglądam tak, jakbym umarł przedwczoraj: zarys ciała, bezruch. Brak tylko zapachu śmierci, zabitego przez wszechogarniający smród utrwalacza.
Już czerwiec. – Colloqium z Układu Nerwowego. – Egzamin. – Studenci pojadą na wakacje. – Ten codzienny skalpel trochę mnie zmęczył. – Będę mieć dwa miesiące Wiecznego Spokoju.

 

rozszczepienie atomu

Wierzę.
Wierzę w Unicestwienie.
Wierzę w jedyne nie-bycie, anihilację, entropię, rozpad.
Archetyp Duszy, co zmienia swój kształt po śmierci, to koszmar – najgorszy, jaki potrafię sobie przypomnieć.
Jeśli jest Bóg, Bóstwo, Siła Natury; cokolwiek, do czego lub kogo można by się modlić, próbuję błagać:
Zachowaj od Życia Wiecznego. By to, co czuło, przeżywało – „ja” – rozpadło się w dym, na miliardy cząstek, których nikt i nic nie zdoła poskładać.
Proszę, zniszcz mój każdy kawałek istnienia.
Nie pozwól odrodzić się.
Nie więź ni w Piekle, ni w Raju.
Zabij.
Zabij.
Zabij.
Nie chcę już
nic.

suicidus

kapie z kranu pękła uszczelka
kap kap kap
mokra głowa włosy wiszące w dół
kap kap kap
rdza przeżarła rynnę dziura
kap kap kap
lot z siódmego piętra
kap

Ad contects (za Z. Herbertem)

Kamyk nie jest stworzeniem doskonałym.
Silny swą nieważnością, słaby nikłością rozmiarów.
Leży na drodze, trącają go samochody, nie ma chwili wytchnienia.
Kiedy przejedzie ciężarówka, rozkrusza kamyki na setki kawałków.
Tracą tożsamość.
To tak, jakby umarły.

Zbyt duży, by…

kot
zbyt duży by nie umrzeć z głodu
zbyt mały by zauważyć jadący
samochód

teraz leży
na drodze
jeszcze się rusza
(nikt nie dobił)

zmiażdżona miednica
i tylne łapy świadczą
o braku doświadczenia
w krótkim życiu

deszcz ze śniegiem
nie mam odwagi
podać zastrzyku z Tramalu
odwracam oczy

wracam do domu:
zimno i smutno

koniec listopada
nie rozgrzesza