Nadsile

„(…) Przybity do ściany, odarty ze skóry, nie będziesz mieć już siły, żeby odmówić…”
(Prorok Nazepam: Księga Bez Wyjścia: 009-009)

nie wrzeszczcie
nie uciekajcie
nie mówcie do mnie na „ty”
nie pchajcie się w kolejce
nie straszcie Ziobrą prokuratorem eNeFZetem
nie straszcie
pozwólcie pracować
i żyć

Egaz Moniz

Do chirurgii duszy wystarcza szpikulec do lodu, młotek i operator wiedzący lepiej. Leukotomia przedczołowa była powszechną metodą lecznictwa USA i cywilizowanego świata. Dawała wymierne efekty, zabierając pacjentom duszę.
Czasem umierali. Takie powikłanie, w zasadzie nie ma różnicy.
Krzyk, agresja pacjenta, lub kara za złe zachowanie były wskazaniem do…
„Lot nad kukułczym gniazdem”?
Najwięcej zabiegów wykonano w Stanach Zjednoczonych i Norwegii. Historia lubi się powtarzać. Właśnie stamtąd przylatują samoloty z Polakami, którzy zachorowali. Samoloty ze zmumifikowanymi przez leki ludźmi. – Trzy dni, najtaniej, mega dawki leków. Później samolot do kraju, skąd przyjechali.
Najczęściej bez pielęgniarki.
Karta informacyjna po angielsku.
W szpitalu w Polsce po kilku dniach forsowanej diurezy, taki Wariat otwiera oczy.
Dobra tradycja pozostaje w krajach, gdzie wszyscy żyją szczęśliwie.
Teraz jawnie nie stosuje się lobotomii. Nagroda Nobla w dziedzinie medycyny została. Wiecie, gdzie ją mam?
O tu –

Przykro mi, że…

miałem być dziewczynką, Mama nigdy tego nie powiedziała wprost
metodycznie jak chirurg dziecięcy młodzieńczy i dla „dorosłych”
odrywała boleśnie czułem się winny
resztkę penisa schowałem pod językiem
jak pacjenci tabletkę której nie chcą zażywać, nie złapano mnie
zdołałem
spłodzić dwoje dzieci i na tym skończona sprawa, rozpadł się pewnego dnia, pochowałem go w doniczce z kaktusem
umarł kaktus kutas kukas
żyję nie mając pojęcia po co, albo właśnie mając
Hitler był potrzebny jak Judasz żeby wypełniła się przepowiednia
Pisma i Historia Zbawienia, już nie wiem, dzieci
biegają nie umiem zapewnić im bezpieczeń-
stwa, przynoszę straty, dopłacam do wykonywanej pracy znów boję się wyjść z domu który niedługo zabierze Komornik
ostoja bezpieczeństwa – Dom
kornik mornik, kornik-mornik puk puk huk
wynocha
świt nie wróży dobrego dnia nie potrafię się modlić
w o n n a r e n t ę
porażka dostać porażka nie dostać
k t o to j a?

walenie w drzwi:
Milicja! Policja! CJA! Prokuratura Kraków-Podgórze! PKP!
cja-nek, nie mam na stanie nie będę zabijać.

Bohomazy (wersja uzdatniona do czytania)

Ćmom, które nie spłonęły do końca

Świeci księżyc jasnym światłem. Lecą ćmy, nocne motyle.
Stół. Na stole światło świecy. To nie księżyc, to jest ogień,
imituje blask, nie dając żadnej szansy. I przez chwilę
patrzę na ćmy-samobójców tu zwabionych. Lecą w płomień.

Wkładam rękę, chcąc jak oni poczuć dotyk światła-śmierci.
Boli. Trzymam dłoń. Już skwierczy spalenizny zapach, strachu.
Zapatrzeniem zapalona dłoń jest czarna. Jak na żerdzi
przedramieniem przytwierdzona do tułowia. Wokół macha
chcąc odgonić małe ciałka, co szybują w środek ognia.

Jestem ćmą. –
Nie jestem ćmą. –
Jestem ćmą. – Nie jestem?

Lecz oślepłem zapatrzony w niepotrzebnych śmierci dużo.
Pfuu- zdmuchnąłem tę malutką, księżycową, ćmy nadzieję.
I po ciemku chcę opatrzeć dłoń, co wonią diabła smuży.
Spalenizna. Ciemność. Cisza. Ręka. Nocny motyl. Dnieje.

W uszach słyszę szum ich skrzydeł. Szatan. Szelest. Szmata światła.
Cień – dzień – obraz zniszczeń.
Byłem ćmą. –
Nie jestem ćmą.
Jestem kaleką. Lekarz powiedział: amputować rękę.

„Dorobi pan protezę, pójdzie pan na rentę, proszę się
nie martwić. Będzie pan mógł sobie wreszcie pisać te wiersze.”

Badanie o pracę

Podczas rozmowy w sprawie pracy nie dowiedziałem się nic. Ani o pieniądzach, ani żadnych innych konkretów. Pani Psychiatra, tłusta i dobroduszna, dopytywała i dopytywała. Powiedziałem jej stanowczo za dużo. Miałem wrażenie, że rozmawiamy przy kawie. Tylko nie było kawy. Stało ogromne biurko między nami. Naciskała łagodnie, czułem się coraz bardziej, jak opiniowany w sprawie za morderstwo.
Niepokój wzbudziły pytania o gabinet i sprawy zdrowotne. Nie powinno jej to obchodzić. Nawet przy kawie – bez kawy, z biurkiem…
Miała na sobie biały uniform lekarza, kazała czekać w kolejce z pacjentami.
Ja –właściwy człowiek we wskazanym miejscu.
Narastające wkurwienie, o które trudniej przy rozmowie twarzą w twarz. Nawet z tym meblem rozgraniczającym petenta od władcy.
Sam będąc psychiatrą, początkowo dałem się złapać. Dobrze grała na emocjach. – Fach w głowie i ustach.
Rozebrało do naga grube babsko.
Grube babsko rozebrało do naga.
Babsko rozebrało do naga grube.
Grube do naga babsko rozebrało
Do naga babsko rozebrało grube…
Koniec i kropka. Wychodząc stamtąd wiedziałem już, że nie będzie tej pracy. Wyszedłem wkurwiony. Jechałem do domu wkurwiony. Siadłem do komputera wkurwiony. Mail: „Szanowna Pani Doktor. Dziękuję, lecz nie decyduję się na współpracę. Z poważaniem, etc. etc.”
Znam takich. Psychiatrów. Nie mam. Dobrych. Doświadczeń.
A wiedziałem że. Trzeba. Uważać. Na takie. Robactwo.

cień-śmierć

Tak. Pamiętam kilka osób, które zabiłem.
Pierwszą, jeszcze na stażu, Panią Janinę. Wtedy płakałem w ubikacji, gdy zmarła. Później nauczyłem się tłumaczyć sobie, że to „wypadek przy pracy”.
Bo to były wypadki przy pracy.
Sołtys w Kamionce, nieco wstawiony, dostał lek, chociaż nie musiał. Zatrzymałem mu serce tym lekiem. Sanitariusz tak się trząsł, że musiałem za niego trzymać maskę tlenową przy reanimacji. On miał uciskać mostek, mniej precyzji trzeba…
Sołtysa nie dowieźliśmy żywego do szpitala. Później, z zimną krwią, odmawiałem rodzinie odstąpienia od sekcji zwłok. Denat miał zawał, nie wychodziło inaczej. A leki? – Kto, na rutynowej sekcji, bada leki? Chroniłem własny tyłek. Było Boże Narodzenie.
Pan Grzegorz, uzależniony od marihuany, mówił w ogromnym napięciu, że nosi przy sobie sznurek i czeka na okazję. Nie zdążyłem wezwać Pogotowia, wybiegł z poradni. – Do dziś wyrzucam sobie, że nie kazałem mu zapalić. – Może by żył, miałby ze trzydzieści pięć lat.
(…)
Pan Marek nadal leży podłączony do aparatury, po częściowo skutecznej reanimacji. Zadławił się śniadaniem. Prawdopodobnie miał zbyt wysokie dawki… Od dawna wprawdzie. Teraz wegetuje jak warzywo w którymś z okolicznych Zakładów Opiekuńczo – Leczniczych.
(…)
Wypadki przy pracy. Objawy niepożądane. Powikłania. Wszystko rozmywa odpowiedzialność…
Nie było i nie będzie spowiedzi. Nie będzie morału. Jest kilka obrazków, każdy tragiczny; najmniej dla mnie. Nie przedstawiam „okoliczności łagodzących”. Natrętnie czytuję klepsydry na murach.

” Z opowieści szpitalnych” – Epilog

Dużo się zmieniło. Oddział. Kierowniczka, zwana zwyczajowo ordynatorem. System. Doszło kilka „certyfikatów jakości ISO”.
Teraz płacą mi za nieleczenie. Mam przynosić zysk.
– Wypisz ją.
– Ma wyciętą tarczycę, nie zażywała tyroxyny przez miesiąc.
– Nie będziemy tutaj leczyć tarczycy.
– Dobrze, już dobrze. Ale sprawdzę jej TSH, żeby zobaczyć, czy spada.
– Jak najmniej badań. Po co jej robiłeś w ogóle to TSH?
– Dobrze, dobrze…
Pani C. w delirium. Piła przez miesiąc, nie zażywała żadnych leków. Ma znaczną niedoczynność tarczycy. Dziwne, że żyje.
Nie dyskutuję z Kierowniczką. Niech ucichnie. Podniosę jej nieco ten Eltroxin, nie można zbyt szybko… Przetrzymam, ile się da.
Nie mamy umowy z żadnym szpitalem, czyli nie mamy dokąd wypisać pacjentów chorych somatycznie. – Dostaniesz zawału, czekaj na zgon. Albo organizm sam się wybroni…
Koszty, koszty… ‘Obłożenie’.
Coraz mniej chęci na współczucie. Coraz więcej walki z własnym szefem, z wciąż zmieniającymi się zaleceniami dyrekcji. O to, by leczyć. Leczyć. W ogóle.
Bo to przemiał PESEL-i.
Bardzo trudno o zachowanie jakiejkolwiek uczciwości i nie chodzi o bzdurne wzięcie „koperty”, tylko – zbyt często – o życie i zdrowie.
„Zgniłe jaja wypisywać. Jak najszybciej” – zalecenie Kierownictwa.
Za kilka dni:
– Dlaczego Pani C. jeszcze tu jest?!!!
– Ma nadal nie oznaczalne TSH. Może umrzeć.
– Rozmawialiśmy na ten temat. Dzisiaj do domu!
Odmówiłem podbicia karty informacyjnej. Napisałem wyjaśnienie, dlaczego.
Zwolniłem się z pracy mając dzieci na utrzymaniu. To moje dzieci. – Tamto: moi pacjenci.
Niby nie to samo, ale…
W podobny sposób niemalże umarł mój synek. Położna zawaliła, lekarze dyżurni ‘leczyli’. Pani Doktór wypisała widząc go przez kilkanaście minut. Trzy dni i zapalenie płuc…
„Zgniłe jajo…”