Credo

Wierzę
wierzę w unicestwienie
wierzę w jedyne nie-bycie anihilację entropię rozpad
archetyp duszy, co zmienia swój kształt po śmierci to
koszmar – najgorszy
jaki potrafię sobie wyobrazić
jeśli jest Bóg Bóstwo Siła Natury
cokolwiek
do czego lub kogo można by się modlić
proszę —

zachowaj od życia wiecznego
by to co czuło przeżywało
Ja
rozpadło się na miliardy cząstek
których nic nie zdoła poskładać
zniszcz mój każdy
kawałek istnienia
nie każ odrodzić się
nie więź ni w piekle ni w raju
zabij

My Egg(o)

peru1 503

noszę w sobie
dwadzieścia jeden gram
moją duszę
tyle jej mam

przyczepię sznur
do haka w suficie
ma ucieczka
będzie wisieć

teraz już wiem
w godzinie agresji –
– mojej śmierci
wyjdę na stół

zza kołnierza
pokaże swój łepek
ona węszy
bo jest ślepa

masę duszy
szaleniec określił
tyle Boga
we mnie zmieścił

sam już nie wiem
dwadzieścia jeden gram
moje ja ma
reszta to chłam

teraz już wiem
w godzinie agresji
wyjdę na stół
wykreślę wykresy

Kontekst

moi przodkowie w ziemi
i nawet nie wiem gdzie
niczym się nie wsławili
zrobili dzieci i tyle

więc żyję

ja – anonim – ubrany w niewidoczny uniform
profesji
tu i teraz udaję siebie

wyrwany z kontekstu wychodzę na dach
siadam okrakiem i nie wiem
zobaczę?
czy spadnę?

Poranek, wschód słońca

Obudził mnie wcześnie. I ciebie też. Wściekła znów grozisz wyprowadzką. Jestem osłem do bicia, może to i tak lepiej, niż gdybyś zaczęła pić. Zbierasz, jak kontener ze śmieciami wrzaski dzieci, ich kłótnie. Czasami dostaje się mnie. Od ciebie.
Tak jak jest kolejność dziobania, tak i kolejność bicia. W końcu i tak uciekłem do pokoju. Siedzę i piszę, zamiast „zajmować się dziećmi”. – A one i tak wołają „Mamo”. – Tato jest dobry do fikania koziołków na materacu. – I tak nie będę z nimi rysować.
Jesteś zmęczona, wymordowana rotawirusem – staram się rozumieć twój wkurw. Teraz ja jestem kontenerem na śmieci. – Rzucasz, że nie kocham dzieci; ciężki kaliber.
Czasami też chciałbym uciec. Wyłączyć telefon i zaszyć się gdzieś w gąszczu. Nie mam wielu znajomych, do których mógłbym wyjechać. Wzeszło słońce, mgła za oknem, jutro do pracy trzeba będzie iść. Jesteśmy na minusie, to moja wina, moja choroba, moja… Nadużycie w dzieciństwie często objawia się lękiem przed wejściem do kościoła. Czuję się winny, to trudno rozwiać. Lepiej nie chodzić, i tak nic nie wymodlę…
Nie chodzimy do kościoła. Ty po terapii, ja po psychozie. W chorobie przypomniały się wyparte wspomnienia. A kobiety nie są niewinne i krzywdzone przez mężczyzn, jak powtarzała Mama do znudzenia… Później ściągnęła mi majtki.
Nabieram wściekłości. Złości na kobiety w ogóle. W szczególe, gdy słucham wynurzeń ofiar przemocy. – Nie masz wcale tak źle, porównuję z innymi. – Moje śmieci za chwilę wysypią się na zewnątrz. Co wtedy?
Zamknę się w pokoju. Zrobię ciszę.

(…)

Spleen.
O czwartej zapada zmrok, smog wpada przez uchylone okno. Wewnątrz jest ciepło, sucho i smutno. Zbyt długich nocy nie rozproszy światło lampy. Skrzypi zawias, zamykam…
…okno, drzwi, siadam na fotelu, przymykam oczy. Drażni śmiech dzieci z drugiego pokoju. Zapadam we wspomnienia. Niepotrzebne, zbyt późne, nie na miejscu…
Czas, gdy przed świtem stałem w na schodach wiodących na Krużganki, rozpalały się ogniki świec, coraz więcej drżących twarzy w chybotliwym świetle. Roraty. Zwykła msza o poranku, jeszcze przed pracą; obok kobieta pachniała w moją stronę; myliłem modlitwę z estetyką. Mój Bóg, niespójny, był. Czułem Jego obecność.
„Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. Nie myślałem o pierwszym przykazaniu. Życie na haju trwało jeszcze kilka miesięcy, umarło, gdy kwitły kasztany.
Spleen.
W taki Czas – moja noc poślubna. Bez sakramentów, bez zobowiązań. Była tylko miłość i pragnienie. Nie trzeba więcej. Pomyliłem Boga z bogiem. Teraz to wiem i nie zmieniłbym tamtych błędów, gdyby przyszło żyć po raz drugi.
Ale nie przyjdzie.
Dzisiaj różni się bardzo: mam parę lat więcej, kolejne doświadczenia: koszty płacone za wielką miłość są ogromne. Był listopad. Smog nad miastem, mniej nowych ulic i bloków. Byłem kimś innym, z głową wysoko, wysoko…we mgle. Wzrok nie zawsze bywa niezbędny…
(…)
…lata. Potrafię wreszcie przejść do porządku dziennego nad wspomnieniami. Spleen, jak co jesień. Dni krótkie, będzie tak przez kilka miesięcy. Wzrok psuje się od jarzeniówek, częściej bywam zmęczony. Dzień nie rozprasza zawiesiny dymu i pary. Czasem myślę sobie, że mogłoby go nie być. I tak nic nie widać, powietrze nie porusza się, ktoś niedaleko pali plastikiem w piecu: gryzący w oczy smród. Dzieci znów przeziębione, ochrypł mój głos od niemówienia, czekam na północ, żona znowu powie:
– Idź wreszcie spać.
Pójdę. Znowu coś obudzi o czwartej. – Kilka godzin dla siebie, zniknie dym, będzie cisza przerywana tylko krótkim szlochem.
Moje dzieci mają niedobre sny.

Kto to?

używam swojego imienia
z przyzwyczajenia
tak mam w papierach
z odciskami palców
imię i twarz w nadawanych numerach
to dla służalców
urzędów, co dbają o to
by brakło lub nie brakło jedzenia
brak imienia
uniemożliwia klasyfikację odmienia
status na nieżywego
niezmielonego
przez magiel dążenia
do określoności przynależności i zależności

od świata segregatorów i supermarketów
tabletów etatów poetów
daleko od Absolutu
Boga za zasiekami z drutu
n i e z o b a c z y s z
korzystając z imienia

pozbyłem się go
nic to nie zmienia
codziennie zbliżam się do więzienia
dopóki żyję o!

gdzieś za głębokim morzem
za pustym kosmosem
istnieje niewielki orzech
Absolut

tylko ja bez imienia
widziałem Go we śnie
nadal nic się nie zmienia
już były objawienia
Pana z Brodą

w środku orzecha
ujrzałem prędkość światła
„c” się uśmiecha-
-ło do mojego echa
Jestem Tobą wiedziałem
potem znikałem