Pomiędzy

Nie potrafię przypomnieć szczegółów. Jakieś ruiny grobowca, wszystko się wali, oderwana, niemiecka tablica z nazwiskami leżących tu zmarłych. Nie pamiętam tego wszystkiego. Ani kształtu rozwalonej bramy, ani oderwanego krzyża; nie wiem, gdzie ten grobowiec znalazłem podczas podróży przez lasy Północno-Zachodniej Polski.
Pamiętam tylko dwie rozbite trumny, puste w środku. Pachniały śmiercią, ale nie mogłem jej znaleźć. – Ktoś wyciągnął szkielety, rozgrabił lub pochował gdzie indziej – może na parafialnym cmentarzu w rodzinnej miejscowości? Wywiózł do ojczyzny? Ten grób dawno przestał być w Niemczech.
Pamiętam śmieci i porozrzucane, zużyte prezerwatywy. Jakby śmierć była pretekstem do robienia wszystkiego w kierunku życia. Jakby do tego grobu przychodziła cała okoliczna młodzież, żeby pieprzyć się bez ustanku. Setki prezerwatyw, ruiny, być może bez dachu, z rozbitymi drzwiami, być może otwarte trumny, puste, puste…!
Próbowałem odnaleźć to miejsce, szukałem po znajomych miejscach w Zachodniej Polsce, pamiętam, że skręcało się gdzieś w las z głównej, kilka kilometrów przed wsią.
Nie znalazłem.
Pozostał. Pusty grobowiec i setki zużytych prezerwatyw. I luka w pamięci pomiędzy nimi.

rozszczepienie atomu

Wierzę.
Wierzę w Unicestwienie.
Wierzę w jedyne nie-bycie, anihilację, entropię, rozpad.
Archetyp Duszy, co zmienia swój kształt po śmierci, to koszmar – najgorszy, jaki potrafię sobie przypomnieć.
Jeśli jest Bóg, Bóstwo, Siła Natury; cokolwiek, do czego lub kogo można by się modlić, próbuję błagać:
Zachowaj od Życia Wiecznego. By to, co czuło, przeżywało – „ja” – rozpadło się w dym, na miliardy cząstek, których nikt i nic nie zdoła poskładać.
Proszę, zniszcz mój każdy kawałek istnienia.
Nie pozwól odrodzić się.
Nie więź ni w Piekle, ni w Raju.
Zabij.
Zabij.
Zabij.
Nie chcę już
nic.

Maska uśmiechu bez twarzy

Spopieliło się serce.

Nie jest łatwo wyobrazić sobie miłość.

Nie jest łatwo przypomnieć sobie słowa.

Nie jest łatwo wyciągnąć usta w grymasie uśmiechu.

Sam wybrałem, by płonąć.

Sam wybrałem konsekwencje –

siedzę nad popielniczką

wyodrębniając podobieństwo

pomiędzy zgniecionymi petami i suchym, brudnym popiołem.

Zmory z przeszłości wychodzą spomiędzy szarych grudek i pyłu.

Jednak potrafię się bać.

Więc żyję.

boże narodzenie

Nie schowam się za kotarą. Jestem za duży

Już od tygodnia, choć to nie Wigilia, zaczyna się świąteczna atmosfera. Pieczenie, gotowanie, wrzaski dzieci. Kłótnie. Żona zdziera skórę do łokci, ja schowałem się za zasłoną. Boje się uciec.

Wolałbym Wigilię normalną. Bez karpia i dwunastu dań. Bez opłatków i nieszczerych życzeń, które i tak się nie spełnią. Bez tej długiej ciszy pomiędzy dwoma zdaniami.

Wolałbym pusty stół i nas czworo. Pilibyśmy herbatę i jedli chleb. Wigilię smutną, prawdziwą, który rozpraszają tylko iskierki dzieciaków, ale

będzie dwanaście potraw i cisza. Zmęczone oczy kobiet. Krótka radość z prezentów. Choinka bez Pisma i kolęd. Samo żarcie.

Nie schowam się za kotarą. Jestem za duży.

Modlitwa

Boże, nie mogę wnikać w Twe plany
Ale nie prowadź nas do krawędzi
Obdarz pokojem
Niech nie spełni się Orwellowska przepowiednia,
Choć wiem, że to naiwne
Ale spraw, by
Nie podniósł Brat ręki na Brata
Wróg na Wroga
Chyba, że Twa wola inną jest
Wtedy mogę jedynie
Mówić, myśleć:
Nie!

Mrzonki

Siódma. To i tak o godzinę później, niż zwykle. Miał być las i jezioro, zostało tak, jak zawsze… – Męczą ostatnio długie trasy samochodem, kiedyś można było jechać i jechać – całą noc. To upływ lat, zapewne…
Stać w cieniu. Chować twarz, nie wystawiać jej do ludzi…
Zmęczenie. Kiedyś domem był samochód, nie było innego: Kilometry przemierzane nie wiadomo po co, wiadomo dokąd – w przeszłość. Więcej siły, więcej rozpaczy.
Teraz dom jest nieco większy, stoi w miejscu: nie jest autem ani pociągiem. – Mieszane uczucia, gdy myśli się o tym, co było.
W piątek wieczór – jak zwykle – paść na pysk. Sen. Ból głowy. Strach, czasami.