Wypalenie (Tumiwisizm)

Od rana słowa pacjentów przechodzą mi przez głowę: „pan kradnie”, „pan kłamie”, „zadzwoń do domu”… Drzwi otwierają się z trzaskiem, czasami po pukaniu, czasami – bez. Coraz bardziej nie mogę tego słuchać, kiedyś miałem więcej cierpliwości, badałem dłużej, więcej uwagi… Teraz – może trochę więcej doświadczenia, ale wiem, że umykają mi cudze słowa, nie staram się szukać logiki pacjenta, nie mam na to siły…
Coraz gorzej. – Kiedyś byłem dobrym lekarzem.
Teraz zamykam dyżurkę na klucz.
Uczę się od kierowniczki, zwanej zwyczajowo ordynatorem, że z pacjentami się nie rozmawia.
Tak jest łatwiej.

Przedostatnie namaszczenie

Przyjęto umierającego. Przyjechał z innego szpitala. Ma znamiona śmierci – plamy opadowe, jeszcze za życia, wcześniej tylko raz to widziałem. Jest na wpół przytomny, reaguje na głos zwróceniem głowy. – Przerażona żona awanturuje się, twierdzi, że miał jechać na konsultację, nie do „zakładu psychiatrycznego”. – Człowiek leży, ma znaczne trudności z przełykaniem. Według skierowania, halucynuje i nocami bywa pobudzony.
Piszę w karcie „stan terminalny”.
Miejcie miłosierdzie i nie próbujcie go reanimować.
– Kto go tu, kurwa, przyjął?
Ksiądz, wezwany, nie przyszedł do szesnastej, gdy opuszczałem szpital. – Czasami myślę, że księża nie wierzą w sakramenty, których udzielają. Albo rola ich przerasta. Ja nie wierzę w sakramenty, ale umierającym się należą, zresztą mam na ten temat własną koncepcję: pół-wiary.
Medycyna jest nieludzka, opieka zdrowotna pogłębia to zjawisko. – Czego więc chcecie ode mnie? – Udzieliłem sakramentu słuchawki. Na tyle mnie stać.

Egaz Moniz

Do chirurgii duszy wystarcza szpikulec do lodu, młotek i operator wiedzący lepiej. Leukotomia przedczołowa była powszechną metodą lecznictwa USA i cywilizowanego świata. Dawała wymierne efekty, zabierając pacjentom duszę.
Czasem umierali. Takie powikłanie, w zasadzie nie ma różnicy.
Krzyk, agresja pacjenta, lub kara za złe zachowanie były wskazaniem do…
„Lot nad kukułczym gniazdem”?
Najwięcej zabiegów wykonano w Stanach Zjednoczonych i Norwegii. Historia lubi się powtarzać. Właśnie stamtąd przylatują samoloty z Polakami, którzy zachorowali. Samoloty ze zmumifikowanymi przez leki ludźmi. – Trzy dni, najtaniej, mega dawki leków. Później samolot do kraju, skąd przyjechali.
Najczęściej bez pielęgniarki.
Karta informacyjna po angielsku.
W szpitalu w Polsce po kilku dniach forsowanej diurezy, taki Wariat otwiera oczy.
Dobra tradycja pozostaje w krajach, gdzie wszyscy żyją szczęśliwie.
Teraz jawnie nie stosuje się lobotomii. Nagroda Nobla w dziedzinie medycyny została. Wiecie, gdzie ją mam?
O tu –

cień-śmierć

Tak. Pamiętam kilka osób, które zabiłem.
Pierwszą, jeszcze na stażu, Panią Janinę. Wtedy płakałem w ubikacji, gdy zmarła. Później nauczyłem się tłumaczyć sobie, że to „wypadek przy pracy”.
Bo to były wypadki przy pracy.
Sołtys w Kamionce, nieco wstawiony, dostał lek, chociaż nie musiał. Zatrzymałem mu serce tym lekiem. Sanitariusz tak się trząsł, że musiałem za niego trzymać maskę tlenową przy reanimacji. On miał uciskać mostek, mniej precyzji trzeba…
Sołtysa nie dowieźliśmy żywego do szpitala. Później, z zimną krwią, odmawiałem rodzinie odstąpienia od sekcji zwłok. Denat miał zawał, nie wychodziło inaczej. A leki? – Kto, na rutynowej sekcji, bada leki? Chroniłem własny tyłek. Było Boże Narodzenie.
Pan Grzegorz, uzależniony od marihuany, mówił w ogromnym napięciu, że nosi przy sobie sznurek i czeka na okazję. Nie zdążyłem wezwać Pogotowia, wybiegł z poradni. – Do dziś wyrzucam sobie, że nie kazałem mu zapalić. – Może by żył, miałby ze trzydzieści pięć lat.
(…)
Pan Marek nadal leży podłączony do aparatury, po częściowo skutecznej reanimacji. Zadławił się śniadaniem. Prawdopodobnie miał zbyt wysokie dawki… Od dawna wprawdzie. Teraz wegetuje jak warzywo w którymś z okolicznych Zakładów Opiekuńczo – Leczniczych.
(…)
Wypadki przy pracy. Objawy niepożądane. Powikłania. Wszystko rozmywa odpowiedzialność…
Nie było i nie będzie spowiedzi. Nie będzie morału. Jest kilka obrazków, każdy tragiczny; najmniej dla mnie. Nie przedstawiam „okoliczności łagodzących”. Natrętnie czytuję klepsydry na murach.

Zagrożenie bezpieczeństwa…

Nie, nie, nie!
Nie zamierzam wracać do takiej pracy. Szpital nadal nie ma podpisanej umowy na leczenie chorych somatycznie. Zbliżają się Światowe Dni Młodzieży. Miliony ludzi z całego świata, niektórzy trafią do Szpitala Babińskiego. Jeśli ktoś dostanie, na przykład, zawału, mogę go wypisać do domu i tylko do domu. Albo leczyć jak umiem. A nie umiem.
Pan Prezes-Dyrektor Kracik REMONTUJE.
Tak, remont jest ważny.
Prezes ma dobrą prasę.
Umowy nie będzie.
Wypisuję się stąd.
O zwykły rozsądek muszę pisać pisma, odmawiać pracy w bardzo, bardzo złych warunkach, gdy…
…nazajutrz okazuje się, że nie cały oddział musiał mieć wszystkie okna zabite dechami. Że nikt nie robił jeszcze nic z remontu elewacji.
Nie chcę tak.
To Miasto śmierdzi. Poszukam pracy gdzieś indziej, mogę dojeżdżać…
Pracowałem tu osiemnaście lat. Trzymali ludzie. Teraz przeniesiono mnie „za zgodą” do Zespołu, gdzie większość personelu boi się pacjentów.
Absurd? – Nie, zdarza się nie tak rzadko. – Im wyższe dawki ordynowanych leków, tym większy lęk przed chorym. – Łatwo poznać…
Znikam, jak kamfora znikająca szybko, gdy ją rozlać. Pozostaje zapach. Ostry.
Niektórzy go lubią. – Gwarantuje aseptyczność…

Palec Dyrekcji

Wszystkim kierownikom zwanym zwyczajowo ordynatorami

W tym Mieście, w szpitalach, już dawno nie powołuje się ordynatorów z konkursu. Plakietki z takim napisem noszą Kierownicy, zwyczajowo zwani ordynatorami.
Niektórzy tracą zdrowy rozsądek.
Okres wypowiedzenia, czyli wylotu ze Stołka, trwa dwa tygodnie. Bez podania przyczyny. Dyrektor może odwołać, zmienić, przenieść…
Nie można nawet uczciwie brać łapówek.
Dziś jest – jutro nie jest.
Plakietkę nosi ktoś inny.
Są tacy, którzy zgadzają się na te warunki. Lubią splendor. Albo dodatek funkcyjny.
Splendor wiąże się z odpowiedzialnością. Dodatek można stracić, łatwiej zabrać część dodatku, niż część pensji.
Odpowiedzialność? Pozór Splendoru? – A może lizanie d…?
Niepewny jest Palec Dyrekcji…
Psychopatologia funkcji kierowniczych.
Plakietka. Pieczątka. Tabliczka na drzwiach, której treść wprowadza w błąd: „Ordynator”.
Niestety niepewność Stołka ogłupia.
Ja, jako asystent Plakietki…
…boję się.

Tymczasem

Wchodząc do dyżurki, można odnieść wrażenie tymczasowości. Służbowy komputer, gołe ściany. Nic własnego. Krzesło, biurko. Na ścianie nie wisi żaden obraz. Na malutkim oknie z kratami nie stoi żadna roślinka. Zegar nie tyka. Gołe ściany. Pusta szafa, fartuch. Plakietka z imieniem i nazwiskiem i podpis: „lekarz”.
Rzucam plecak. Wyciągam własnego laptopa. Na wygaszaczu – zdjęcia dzieci, Himalajów, Beskidów, Andów. Miasta.
Rozkładam swój mały, tymczasowy świat na te niecałe osiem godzin. Przed wyjściem chowam wszystko, zakładam plecak na plecy.
Pozostaje pusty pokój, zakratowane okno. Zamykam drzwi tak, jakbym miał tutaj nie wrócić. Albo wrócić. Na chwilę.
Błoto przed budynkiem. Po deszczu wchodzę w zabłoconych butach. Zostawiam ślady. Wychodząc, przenoszę ten brud do Domu, do Drugiej Pracy. Nikt nie zasypuje dziur w resztkach asfaltu, nie usuwa tłustej ziemi. Pomimo monitów, czysto jest tylko przed willą Pana Prezesa-Dyrektora.
Pan Prezes ma czyste buty.
Pracownicy nie powinni mieć.
Pacjenci?
Tymczasem błoto odpada z obuwia. Nawet go nie czyszczę. Przecież to tymczasowo: pusta dyżurka, „ja” spakowane do plecaka. Jutro może mnie tu nie być. – Wtedy wezmę szczotkę, umyję pod bieżącą wodą…
Nie znoszę brudnych butów.