Awangarda poezji

Wzruszony słowami któregoś z krytyków: „słowo ‚miłość’ nie znajduje się w zakresie współczesnej estetyki…”

dwoje staruszków
pierdoli się od trzydziestu lat
idą za ręce pomimo wiatru jesieni i czasu
dłoń grzeje dłoń
to takie objawy

wracają do domu, chorują
oglądając telewizję, legia wychujała lechię
on jest kibolem legii
ona że ją nie interesuje
football

food z mlecznego baru
rozkminy czym się najebać na śniadanie
ciemno na polu
ciemno na dworze

nocą ciągle tacy sami
śpią obok siebie
bez wkładania chuja w pizdę

tyka zegar
metronom ciszy

 

Credo

Wierzę
wierzę w unicestwienie
wierzę w jedyne nie-bycie anihilację entropię rozpad
archetyp duszy, co zmienia swój kształt po śmierci to
koszmar – najgorszy
jaki potrafię sobie wyobrazić
jeśli jest Bóg Bóstwo Siła Natury
cokolwiek
do czego lub kogo można by się modlić
proszę —

zachowaj od życia wiecznego
by to co czuło przeżywało
Ja
rozpadło się na miliardy cząstek
których nic nie zdoła poskładać
zniszcz mój każdy
kawałek istnienia
nie każ odrodzić się
nie więź ni w piekle ni w raju
zabij

sacrum Biologii

był smętnym chłopakiem

o czystym głosie

nieźle trącając odpowiednie struny

kierował ich wzrok

z ognia na siebie

 

noce były inne

miewały zapach palonego drewna

tańczące cienie na twarzach

chwilowa bliskość

na pograniczu ognia

i zimnej ciemności za plecami

 

miał przymknięte oczy

grał dla Boga w którego wierzył

a one wilgotniały słuchając

 

nie był artystą

nie potrzebował widowni

Wypalenie (Tumiwisizm)

Od rana słowa pacjentów przechodzą mi przez głowę: „pan kradnie”, „pan kłamie”, „zadzwoń do domu”… Drzwi otwierają się z trzaskiem, czasami po pukaniu, czasami – bez. Coraz bardziej nie mogę tego słuchać, kiedyś miałem więcej cierpliwości, badałem dłużej, więcej uwagi… Teraz – może trochę więcej doświadczenia, ale wiem, że umykają mi cudze słowa, nie staram się szukać logiki pacjenta, nie mam na to siły…
Coraz gorzej. – Kiedyś byłem dobrym lekarzem.
Teraz zamykam dyżurkę na klucz.
Uczę się od kierowniczki, zwanej zwyczajowo ordynatorem, że z pacjentami się nie rozmawia.
Tak jest łatwiej.

świat w chmurze

krótkie rączki sprawne palce

nóżki takie by usiąść na stołeczku

słuchaweczki na małych uszkach

oczka przysłonięte okularkami

4D z korekcją wady wzroku

 

mądrzejsi od swych dziadków

o facebooka wikipedię gogle-search

selfie na smartfonie

silniejsi bez-piecznie

 

wirtualne światy kuszą

by mieć trzy życia

cztery szanse na

miecz z mitrilu

 

google nakarmi nas

cyfrowym kurczakiem gfc®

zanim zdążymy pomyśleć że

głód

 

zbankrutują

– producenci lodówek

– prostytutki

Przedostatnie namaszczenie

Przyjęto umierającego. Przyjechał z innego szpitala. Ma znamiona śmierci – plamy opadowe, jeszcze za życia, wcześniej tylko raz to widziałem. Jest na wpół przytomny, reaguje na głos zwróceniem głowy. – Przerażona żona awanturuje się, twierdzi, że miał jechać na konsultację, nie do „zakładu psychiatrycznego”. – Człowiek leży, ma znaczne trudności z przełykaniem. Według skierowania, halucynuje i nocami bywa pobudzony.
Piszę w karcie „stan terminalny”.
Miejcie miłosierdzie i nie próbujcie go reanimować.
– Kto go tu, kurwa, przyjął?
Ksiądz, wezwany, nie przyszedł do szesnastej, gdy opuszczałem szpital. – Czasami myślę, że księża nie wierzą w sakramenty, których udzielają. Albo rola ich przerasta. Ja nie wierzę w sakramenty, ale umierającym się należą, zresztą mam na ten temat własną koncepcję: pół-wiary.
Medycyna jest nieludzka, opieka zdrowotna pogłębia to zjawisko. – Czego więc chcecie ode mnie? – Udzieliłem sakramentu słuchawki. Na tyle mnie stać.

Pomiędzy

Nie potrafię przypomnieć szczegółów. Jakieś ruiny grobowca, wszystko się wali, oderwana, niemiecka tablica z nazwiskami leżących tu zmarłych. Nie pamiętam tego wszystkiego. Ani kształtu rozwalonej bramy, ani oderwanego krzyża; nie wiem, gdzie ten grobowiec znalazłem podczas podróży przez lasy Północno-Zachodniej Polski.
Pamiętam tylko dwie rozbite trumny, puste w środku. Pachniały śmiercią, ale nie mogłem jej znaleźć. – Ktoś wyciągnął szkielety, rozgrabił lub pochował gdzie indziej – może na parafialnym cmentarzu w rodzinnej miejscowości? Wywiózł do ojczyzny? Ten grób dawno przestał być w Niemczech.
Pamiętam śmieci i porozrzucane, zużyte prezerwatywy. Jakby śmierć była pretekstem do robienia wszystkiego w kierunku życia. Jakby do tego grobu przychodziła cała okoliczna młodzież, żeby pieprzyć się bez ustanku. Setki prezerwatyw, ruiny, być może bez dachu, z rozbitymi drzwiami, być może otwarte trumny, puste, puste…!
Próbowałem odnaleźć to miejsce, szukałem po znajomych miejscach w Zachodniej Polsce, pamiętam, że skręcało się gdzieś w las z głównej, kilka kilometrów przed wsią.
Nie znalazłem.
Pozostał. Pusty grobowiec i setki zużytych prezerwatyw. I luka w pamięci pomiędzy nimi.