kurz w pustej szufladzie

nie proszę pani
ja nie piszę wierszy
kiedyś
układałem słowa w szufladzie
słowa
„sięgające daleko poza granice mowy wiązanej”

paliłem po kawałeczku
jak żar papierosa –
autodestrukcja
wytrząsałem popiół

przypalone słowami ręce
wznosiłem terapeutycznie
do Boga
milczał

nie mam nic do powiedzenia
generatorzy produkują zapominany chłam
internetowy posiłek
erudycja rodem z wikipedii –
– nie cytuję

lirycznie formatuję dysk
niedopałek rzucony za siebie
nie spali lasu bo

w szufladzie
po wierszach
kurz

Osiem ścian

Jeszcze dziesięć lat temu czułem, że duszę się pomiędzy pracą a pracą, chciałem uciec do Nieba. Dziś, zamknięty w czterech ścianach domu i czterech ścianach gabinetu, nie wychodzę. – Przejeżdżam czerwoną „więźniarką”. – Z więzienia bez krat na oknach patrzę na drzewa nieopodal. Sam zamknąłem te drzwi. Ja, albo..? Ja?

Nie uciekam. Nie chcę.

Elementarz

Po czym poznamy ofiarę przemocy?
1. Po oczach zapadniętych, smutnych;
2. Po rozpaczy odczytywanej z ruchu warg, tonie głosu, niedokończonych frazach;
3. Po tym, że nigdy nikomu naprawdę nie zaufają, nie mają bliskich osób;
4. Po okrucieństwie, które potrafią zadać innym.
(Prorok Nazepam: Elementarz)

Nadsile

„(…) Przybity do ściany, odarty ze skóry, nie będziesz mieć już siły, żeby odmówić…”
(Prorok Nazepam: Księga Bez Wyjścia: 009-009)

nie wrzeszczcie
nie uciekajcie
nie mówcie do mnie na „ty”
nie pchajcie się w kolejce
nie straszcie Ziobrą prokuratorem eNeFZetem
nie straszcie
pozwólcie pracować
i żyć

Chłód po burzy

Ból rozstępujących się mgieł. Strach tęczy rozpostartej nad dachami domów. Ostrze sosen rozpostartych pomiędzy niebem a ziemią, nie dających schronienia przed światłem słońca. Chłód wody, gdy zanurzyć w niej rękę; mech – zwiastun choroby – miękki i lekko wilgotny: połóż się, zaprasza, popatrz w korony drzew.
Burza rażąca piorunem. Wokół czuć swąd spalenizny. Leżysz pokryty deszczem.
Nie udało się uciec.

Pani z wielką pieczątką

Na oddziale psychiatrycznym, gdzie przez kilkadziesiąt lat ordynatorem była Pani Doktor P. było cicho. Ordynator lubiła ciszę. Nie znosiła, kiedy ktoś – przedarłszy się przez kilka zamykanych na klucz Drzwi – wchodził do jej Gabinetu i próbował o coś pytać. Pani Doktor nie lubiła, gdy asystenci chodzili z nią na wizytę: w końcu wizyta odbywała się tylko w towarzystwie jednej Pielęgniarki, Siostry Oddziałowej. Pani Ordynator miała duże doświadczenie w tworzeniu ciszy na oddziale psychiatrycznym. Niektórych leków – wiedziała – nie może zalecić na piśmie, więc Siostra Oddziałowa musiała mieć dobrą pamięć, by podłączyć dwudziestu mówiącym chorym, kroplówki z Fenactilem, Skopolaminą i Luminalem. Pacjenci nie znosili tych kroplówek, czasami wystarczyło wiedzieć, że namolność grozi konsekwencjami.
Dziwiłem się, że Człowiek potrafi przeżyć takie metody robienia ciszy: mało kto umierał.
Na Oddziale Szóstym przez cały dzień panowała złowróżba cisza. I zapach wypastowanej podłogi przed Gabinetem Ordynatora.
Na salach pacjentów pachniało moczem i specyficznym, dusznym zapachem psychozy. Nie otwierano zakratowanych okien. Z enklawy ciszy nic nie mogło wydostać się na zewnątrz. Cierpienie ściekające po ścianach w końcu i tak kryła ziemia.
…i nikt na zewnątrz nie wiedział…