Majaki

Mieszka we mnie Diabeł. Musiałem go zjeść razem z jakimś cukierkiem czy jabłkiem. – Mama zawsze mawiała, że Diabły często zmieniają się w czekoladki, aby móc wskoczyć w człowieka. – On tu jest. Na pewno. Najpierw czułem, jak rosną mu rogi. – Coś coraz mocniej uwierało mnie w brzuch. Od środka. To coś było coraz większe, a dzisiaj czuję już wyraźnie dwa ostre końce tnące skórę od środka. Boli…
– Dlaczego ON mi dokucza? – Mogę zrozumieć, że w czasie Mszy Świętej wyrzuca plugastwa i zbereźne przekleństwa, które z największym trudem mogę powstrzymać. Tylko czasami wydobywa się z ust jakiś niewyraźny szept:
Pierdolę Waszą Świątobliwość!
Wtedy ludzie patrzą z oburzeniem i odsuwają się tak, że wokół mnie powstaje pusta przestrzeń, szatańska aureola.
To ON sprawił, że kiedyś, spod powały, oderwał się krzyż z przymocowanym do niego Chrystusem. Spadał głową w dół – może dlatego, że głowę miał cięższą. Przepołowił, jak nóż, pewną kobietę modlącą się z zawzięciem. Msza Święta została przerwana, na co Diabeł siedzący w moim brzuchu zawył z radości.
Musiałem uciekać.
Tłum gonił mnie krzycząc: „wariat” lub „opętany”.
– Nie, nie jestem wariatem. To Diabeł nie daje mi spokoju. Żywi się mną i dlatego chudnę coraz bardziej. Kiedy zje mnie zupełnie,
może będzie można zobaczyć jego czarną głowę wystającą z mego brzucha. Powiem mu wtedy: Idź precz!
Już wiele razy tak mówiłem. Krzyczę tak co wieczór, ale ON nie reaguje, śmieje się tylko. Na początku cicho, potem zaczynają wstrząsać mną torsje. A ON śmieje się kwasem żołądkowym, potem krwią, potem nawet na wpół rybim smakiem swego diabelskiego śluzu.
Czasem, przed snem albo we śnie, pokazuje obrazy: Matka Boża będąca Wszetecznicą, dosiadającą nago byka i kłusującą na nim prosto w objęcia Belzebuba, mającego postać konia z ludzką głową. Potem w zwierzęcy sposób odbywają stosunek, a Ona jęczy, że poczęła i porodzi Syna Bożego.
Wtedy zawsze budzę się i biję głową w ścianę
– Idź już – wrzeszczę.
A ON śmieje się. Śmieje swym diabelskim, czarnym śmiechem. Wyłamuje palce. Każe przygryzać wargi, krzyczeć. Pokazuje: Patrz, patrz!!!
Szukałem pociechy w spowiedzi, ale ksiądz przestraszył się Diabła. Związał i oddał do szpitala dla umysłowo chorych. Tam powiedzieli, żebym był grzeczny. Wbili igłę. Potem spałem, a świat miał błękitną barwę i Matka Boska objawiła mi Prawdę: że to ja tchnę w nią Syna Bożego, który naprawi świat. A Diabeł ucieknie zwinięty w seledynowy kłębek.
– Tylko musisz rozciąć sobie brzuch – powiedziała.

Odarte ze świętości

Sacrum schowałem głęboko

kazano maszerować
za i przeciwko
ubrany tak jak inni
mój Bóg karlał

krzyż w każdej sali
budynki i nazwy
domy dziecka i więzienia
hierarcha naznaczy
oficjalnym znakiem

bóg w mediach (numer konta)
Niech będzie pochwalony
Santo subito!

bogiem mordę wycieramy
my – Naród wierzący
w Papieża wyświęconego
przez media

Córeczka Gwiazdeczka

– Jestem Aniołem – odpowiedział. – Przysłano mnie tu, bym spełnił twoje dwa życzenia. Ale tylko dwa. Zastanów się dobrze, o co prosisz.

Na imię miała Gwiazdeczka.
Przyjechała w brzuszku Mamy z dalekiego kraju. Wyczekane, wymodlone przez rodziców dziecko. Maluszek, którego nie było i nagle powstał. Gdy się rodziła, Tata zobaczył, że jest dziewczynką. Wcześniej nie wiedzieli, kim będzie.
Na imię miała Gwiazdeczka.
Najpierw malutka, później coraz starsza. Mama i Tata byli dla tylko niej a ona była dla nich. Rodzice chodzili z nią na spacery, karmili, a gdy nie chciała się kąpać, lub nie mogła zasnąć, śpiewali piosenki. Lubiła, gdy czytali jej książeczki, kilkanaście razy tę samą tak, że chcąc-nie-chcąc uczyła się ich na pamięć. A gdy wpadała w złość, rzucała zabawkami przez cały pokój.
Ona i Oni. Tylko dla siebie.
Pewnego dnia Mama poczuła, że w brzuszku dzieje się coś dziwnego. Ruszało się, kręciło… Poszła do lekarza.
– Ciąża – powiedział Doktor. – Jest pani w ciąży.
Czyli, że Mama urodzi drugie dziecko.
Gwiazdeczka rosła i rosła. Coraz więcej rozumiała. Nauczyła się mówić. Mama i Tata nie wiedzieli, jak jej powiedzieć, że niedługo nie będzie jedynaczką. Że będzie miała Braciszka.
W końcu powiedzieli. Ucieszyła się Gwiazdeczka.
„Będę się miała z kim bawić” – myślała.
W końcu urodził się Promyczek. Przyjechał ze szpitala do Domu, ale po kilku dniach musiał wracać.
Był chory. Bardzo chory.
Tato został z Gwiazdeczką sam. Mama pojechała z Promyczkiem karmić go i przewijać.
Gwiazdeczka najpierw płakała. Mama była zawsze. Na każde zawołanie, płacz…
Gdy córeczka chciała jeść, Mama od razu szykowała coś dobrego. Przytulała, śpiewała…
A teraz tylko z Tatą.
Po kilku dniach okazało się, że Tata jest całkiem fajny. Wziął ją do domku w górach, karmił, śpiewał piosenki. – Znowu była najważniejsza i jedyna. Tak jak zawsze. Tak jak dotychczas.
Jednak nocą śniły jej się koszmary. Że Mama zniknęła, że Promyczek nie wróci. Budziła się z płaczem, Tato przytulał…
Wrócili. Mama i malutki Promyczek. Gwiazdeczka cieszyła się, całowała braciszka, nawet chciała go karmić, chociaż nie umiała.
Pokochała Promyczka. A dla niego była, od zawsze, starszą siostrą, która uczyła go śmiesznych rzeczy, wymyślała zabawy. Naśladował ją we wszystkim, w czym umiał i nie umiał.
Ona, on, Mama i Tata.
Po niedługim czasie Gwiazdeczka zauważyła, że braciszek pochłania bardzo dużo uwagi rodziców. Mama już nie była tylko dla niej. Ani Tata.
Promyczek krzyczał, robił kupy, ciągle był głodny. Gdy rósł, stawał się coraz bardziej ruchliwy. Rodzice musieli go pilnować, żeby nie stało się coś złego.
Tak jak pilnowali kiedyś Gwiazdeczki, kiedy była malutka.
Dziewczynka zaczęła myśleć, że rodzice nie kochają jej tak, jak dawniej. – Gorzej: że kochają ją mniej. Było jej źle, smutno…
Tata pisał wiersze dla córeczki. Robił jej zdjęcia, usypiał. Mama chodziła na spacery, dawała jeść, tuliła, gdy Gwiazdeczka płakała…
Nie była sama. Był też Promyczek. Braciszek, z którym musiała dzielić się miłością rodziców.
To dobrze i źle. Raz dobrze, bo bawili się i śmiali. Raz źle, gdy na chwilę zostawała sama, bo Mama pognała na uciekającym synkiem, który właśnie próbował zejść z balkonu, z pierwszego piętra. Albo grzebał w kontakcie, czy nie chciał jeść.
Dobrze i źle. Raz dobrze, raz źle.
Czy może być dobrze i źle jednocześnie?
Gwiazdeczka złościła się coraz bardziej. Już nie chciała jeść i rzucała zabawkami, obrażała się, gdy mama z kimś rozmawiała. Co chwilę, z byle powodu, z wielkim krzykiem, uciekała do sypialni.
– Nie, nie, nie!!!
Jednak kochała Promyczka.
Kiedyś przyśnił jej się sen. Nad ranem, gdy zasnęła na chwilę przy boku rodziców. W tym śnie spotkała Anioła.
– Kim jesteś? – zapytała.
– Jestem Aniołem – odpowiedział. – Przysłano mnie tu, bym spełnił twoje dwa życzenia. Ale tylko dwa. Zastanów się dobrze, o co prosisz.
– Chcę, by wszystko było tak, jak dawniej. Żeby Mama i Tata byli tylko dla mnie.
– Na pewno tego chcesz? – zapytał Anioł jeszcze raz.
– Tak – powiedziała.
I zniknął Promyczek. Została sama. W domu zrobiło się dziwnie pusto i smutno. Nie było słychać gaworzenia Promyczka. Zniknęły jego pieluchy i zabawki. Nawet łyżeczka i talerzyk. Nie miała się z kim bawić w różne śmieszne zabawy. Było cicho. Bardzo cicho.
– Nie, nie, nie! – zawołała. – Aniele zwróć mi braciszka. Tu jest tak smutno a ja go kocham.
– Ale już nie będzie tak, jak dawniej. Rodzice nadal cię będą kochać, lecz będziesz musiała nauczyć się dzielić nie tylko zabawkami, ale i ich miłością.
– Wróć mi Promyczka, Aniele. – Zawołała Gwiazdeczka. – Tego chcę.
– Dobrze – rzekł Anioł.
Obudziła się. W łóżeczku leżał Promyczek. Rodzice jeszcze spali. Było tak jak przed snem. Ale Gwiazdeczka zrozumiała, że Mama i Tata kochają ją tak jak dawniej. I że jeszcze kocha ją ten mały smyk – jej Brat.