Bohomazy (wersja uzdatniona do czytania)

Ćmom, które nie spłonęły do końca

Świeci księżyc jasnym światłem. Lecą ćmy, nocne motyle.
Stół. Na stole światło świecy. To nie księżyc, to jest ogień,
imituje blask, nie dając żadnej szansy. I przez chwilę
patrzę na ćmy-samobójców tu zwabionych. Lecą w płomień.

Wkładam rękę, chcąc jak oni poczuć dotyk światła-śmierci.
Boli. Trzymam dłoń. Już skwierczy spalenizny zapach, strachu.
Zapatrzeniem zapalona dłoń jest czarna. Jak na żerdzi
przedramieniem przytwierdzona do tułowia. Wokół macha
chcąc odgonić małe ciałka, co szybują w środek ognia.

Jestem ćmą. –
Nie jestem ćmą. –
Jestem ćmą. – Nie jestem?

Lecz oślepłem zapatrzony w niepotrzebnych śmierci dużo.
Pfuu- zdmuchnąłem tę malutką, księżycową, ćmy nadzieję.
I po ciemku chcę opatrzeć dłoń, co wonią diabła smuży.
Spalenizna. Ciemność. Cisza. Ręka. Nocny motyl. Dnieje.

W uszach słyszę szum ich skrzydeł. Szatan. Szelest. Szmata światła.
Cień – dzień – obraz zniszczeń.
Byłem ćmą. –
Nie jestem ćmą.
Jestem kaleką. Lekarz powiedział: amputować rękę.

„Dorobi pan protezę, pójdzie pan na rentę, proszę się
nie martwić. Będzie pan mógł sobie wreszcie pisać te wiersze.”

3 myśli na temat “Bohomazy (wersja uzdatniona do czytania)”

  1. Nie posługując się żadną retoryką i pozbywając poetyckich emocji, można stwierdzić, że ćmy są po prostu głupie… patrzą na na śmierć swoich kompanów by podążyć za nimi. Może nie wiedzą, co to śmierć, albo taki jest ich cel życia. Umrzeć z godnością w płomieniu świecy. Nawet z kikutem nie dostaje się obecnie renty.
    Pozdrawiam

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s