moje niebo

słońce ciemnieje na nieboskłonie
upadają kruche promienie
rozsypują się zanim
je zobaczę

biegłem smagany batem
niepotrzebności. otrzymanym z rąk matki
przejąłem jak sztandar
(gdy łopotał na wietrze
ranił plecy i podbrzusze)

zbędność z uniesioną głową

nie narodziło się dziecko
tylko te akty zgonów
podbijane jeden za drugim

teraz podkręcam kaloryfer
ubieram dziesięć par
podkoszulków

w południe twarz ku górze
nie ogrzeje oczu kryształ
gasnącej gwiazdy

jest coraz słabsza
jak dopalający się pet
brak pomysłu na dalszy ciąg
topniejący śnieg

niebo chyli się ku wieczorowi
matowy promień oplata
nawet niepotrzebny człowiek
nie rozpali słońca

W chmurze

Zasnuło nam się niebo, zaczął kropić deszcz – niewielki, przenikający przez ubranie. Ziemia, zmęczona upałem, oddycha. Jest chłodniej. Na drzewach – pierwsze oznaki jesieni.
Dziś dużo pacjentów w ambulatorium, mógłbym się cieszyć, bo ci, najtrudniejsi, jakoś wychodzą na prostą: Młody chłopaczek skończył wreszcie pierwszą klasę liceum wieczorowego, niedługo zacznie drugą; może uda się odroczyć wykonanie wyroku – psychiczną degradację, tak często występującą u młodych chorych na schizofrenię…
U ciężko chorych.
Czasami zdarza się cud – pacjent zdrowieje, choroba nie wraca. Rzadko, bardzo rzadko…
Większość wraca do swojej chmury: mieszkają wysoko, wysoko. Patrzą w swój obłok, nikt na ziemi ich nie rozumie. Niektórych złoszczą, niektórzy się boją. – Tacy mali bogowie, nikomu niepotrzebni, skrywani za murami szpitali i Domów Pomocy Społecznej…

…po raz dwudziesty, chyba, wszedł bardzo chory Człowiek, żeby porozmawiać. Nic nie rozumiem z jego wywodów, usiłuję wyobrazić sobie, co mógłby chcieć mi powiedzieć. Próbuję podtrzymać jakikolwiek kontakt. Trudno jest wczuć się w osobę tak chorą psychicznie, nie rozumiem porozrywanych fraz, nie rozumiem niektórych słów – Człowiek używa wielu neologizmów… To męczy na dłuższą metę, wymaga dużej wyobraźni, Człowiek wyczuje od razu moje zniecierpliwienie, niechęć, kłamstwo. Muszę być szczery, często mówię mu, że nie rozumiem – on próbuje wytłumaczyć w swój bardzo zawiły sposób. W końcu rzucam:
– Porozmawiamy o tym za dwa tygodnie, teraz się nie dogadamy.
Przyjmuje szczerość. Pyta o coś jeszcze, wychodzi z dyżurki. Nie ma go tu już od ponad dwudziestu minut…

Kiedyś były lasery nasyłane przez UFO, kamery, trucie jedzenia… – Najpowszechniejsze objawy schizofrenii. – Ostatnio się zmieniło. I nie wiem, czy to kwestia czasów i kryzysu wiary, czy jeszcze czegoś innego: Coraz więcej jest „opętanych”. – Można powiedzieć, że opętanie, w moim szpitalu, to codzienność. – A to diabeł wykrada myśli, a to szepcze do ucha, by się zabić, obgaduje, kilkoro diabłów… Nasyłają nie swoje myśli, popychają do działania – czasami agresywnego…
Kryzys tożsamości i wiary przenosi się na objawy paranoidalne. Bo choroba psychiczna ma też swoją „morfologię”, czyli to, co człowiek przeżywa.
Zjawisko narasta. Nie wiem, czy to o czymś świadczy, na pewno świat się zmienia. Przez lata były te „promienie z kosmosu”, czy coś podobnego.
Jest jeszcze kwestia niedouczonych egzorcystów, którzy często idąc za chorobą pacjenta, dodają im kolejnych cierpień „wyganiając diabła”. – Zjawisko coraz częstsze. – Dawniej do egzorcyzmów trzeba było wykluczyć chorobę psychiczną w sensie psychozy. Teraz byle ksiądz zabiera się za to, o czym nie ma bladego pojęcia.
Bo egzorcyzmy pomagają. W „nerwicach dysocjacyjnych”. – Muszę to przyznać, nie wierząc w diabła. – Pomagają także obrzędy szamańskie, w innych kulturach; może to nie kwesta złego ducha, lecz istoty zaburzeń. – Nie wiem. – Psychozy z całą pewnością nie leczą.
Tak świat się zmienia, także w szpitalu psychiatrycznym. Czekam, by dowiedzieć się, co to może znaczyć…

palec

Pamięci Zbigniewa Herberta

najdziwniejszy jest Chrystus kiedy się waha
jedna ręka przybita do krzyża
druga wzniesiona w geście triumfu
pan Jezus waha się

widzi człowieka któremu zegar bije
już dusza opuściła ciało
i czeka niepewna nad czołem
na wyrok potępienia lub chwały

waga uczynków kieruje do piekła
ale serce jego dobre
było lecz czas niepewny
w grzechu zamknął wolę

Chrystus palec wzniesiony ku niebu
opuszcza ku jałowej ziemi
pamięta karę skazanego Barabasza i
otwiera bramy piekła

wstydzi się teraz tej chwili słabości
kiedy prawo niemal złamał
chcąc darować grzechy w serce czyste patrząc
sprawiedliwość jedna jest:

za winę kara
palec w dół

kropla nikotyny

jest coś magicznego w geście
zapalania papierosa zapałką
ogień płonie wyodrębniając cienie z twarzy
dym papierosem do tkanek

jest coś pięknego w geście
palenia papierosa przez wariata w szpitalu
w palarni pełnej dymu
trucizna płacze do środka

do gardła płuc serca
do palców
kap

kurz w pustej szufladzie

nie proszę pani
ja nie piszę wierszy
kiedyś
układałem słowa w szufladzie
słowa
„sięgające daleko poza granice mowy wiązanej”

paliłem po kawałeczku
jak żar papierosa –
autodestrukcja
wytrząsałem popiół

przypalone słowami ręce
wznosiłem terapeutycznie
do Boga
milczał

nie mam nic do powiedzenia
generatorzy produkują zapominany chłam
internetowy posiłek
erudycja rodem z wikipedii –
– nie cytuję

lirycznie formatuję dysk
niedopałek rzucony za siebie
nie spali lasu bo

w szufladzie
po wierszach
kurz

Osiem ścian

Jeszcze dziesięć lat temu czułem, że duszę się pomiędzy pracą a pracą, chciałem uciec do Nieba. Dziś, zamknięty w czterech ścianach domu i czterech ścianach gabinetu, nie wychodzę. – Przejeżdżam czerwoną „więźniarką”. – Z więzienia bez krat na oknach patrzę na drzewa nieopodal. Sam zamknąłem te drzwi. Ja, albo..? Ja?

Nie uciekam. Nie chcę.