Mentalna zaraza (Anna nad wodą)

Wschód słońca nad Jeziorem Bodeńskim. Już dobrych kilka miesięcy odkąd wyszłam z domu. Przekroczyłam dwie granice, jestem ponad tysiąc kilometrów od mojego Miasta. – Mojego? – Czy jakiekolwiek miejsce na świecie było moje?
Mam słońce po prawej stronie, lodowate wody jeziora kłują w stopy. Koniec czerwca, pełnia lata. Góry za plecami mają wiecznie ośnieżone szczyty. Woda wydaje się być krystalicznie czysta. Zanurzam rękę i przenoszę kropelki na włosy. Nie mam paszportu, nie mam pieniędzy, po raz kolejny uciekłam; nie od Tomka i dzieciaków. Od kogoś kto mnie głęboko skrzywdził, komu sama pozwoliłam się uwieść.
Po drugiej stronie jeziora są Niemcy, kilkaset kilometrów dalej jest granica mojego udręczonego Kraju: z tą całą jego Policją, Zarazą, Naczelnikiem Państwa, bogoojczyźnianymi bojówkami, nietolerancją i obłudą. Nie wiem, czy chciałabym tam wrócić. – Patrzę na słońce wychodzące zza poszarpanych masywów górskich i nie czuję nic, oprócz zimna. Nie chcę myśleć, jeszcze nie w tej chwili. Daję sobie czas do ósmej. – Jest siódma trzydzieści dwie, dwudziesty dziewiąty czerwca, Bodensee. Chyba nikt mnie nie ściga, mam czas na to, żeby pomyśleć.
Odkąd pamiętam, musiałam walczyć. O wszystko: miłość matki, szacunek ojca, pierwszeństwo wśród starszego rodzeństwa. Nawet – bywało – i o ciepły posiłek. Zakochałam się w Tomku od pierwszego wejrzenia. Taka pierwsza, szczenięca miłość. Miałam niespełna osiemnaście lat. Wytrzymaliśmy ze sobą dwadzieścia miesięcy, to sporo w tym wieku. Gdy uczucie się wypaliło, powiedzieliśmy sobie do widzenia, nie bez żalu. – Byłam ciekawa życia, nowych doświadczeń, a Tomek nie okazał się supermenem z kreskówki.

To było małżeństwo z rozsądku. – Spotkaliśmy się po kilku latach, pomyślałam, że na mnie już czas. – Agatka była jego dzieckiem, pierwszą ciążą, którą zdecydowałam się urodzić. Poznałam kilku mężczyzn, wystarczająco wielu, żeby nie oczekiwać księcia z bajki. – Nie, wtedy nie kochałam Tomka, to było coś w rodzaju miłego wspomnienia, które stało się ciałem. – Myślałam, że nie jest taki najgorszy, a ja na tym świecie żyję trzydzieści dwa lata, i to przeważyło szalę.
Później on zaczął znikać. Najpierw w pracy: od rana do nocy, wychodził przed świtem, a wracał, gdy Dzieciaki już spały. Pojawiał się czasami w dni wolne, przez jakiś czas, chyba do chwili, gdy urodziłam Jacka. Potem zaczął pić, a ja zaczęłam szukać znajomych w Internecie. Byłam aktywna na Facebooku, próbowałam nawet spotkań na portalach randkowych. W końcu pozostał Facebook. – Odżyłam. Po kilku miesiącach miałam tak wielu znajomych, jak nigdy wcześniej. Z kilkoma osobami, także z innych krajów, dogadywałam się bardzo dobrze, powstały wirtualne przyjaźnie, później także przelotne romanse. Internet zbliża ludzi do siebie, tak się wydawało; można dzięki niemu pokonać opór i wstyd normalny w kontakcie face to face. Szczególnie dla mnie, nauczonej walczyć i nie okazywać uczuć.
W końcu poznałam Mata.
Przedstawiał się jako Niemiec. – Znam dobrze ten język, rozmawialiśmy sporo, najpierw na czacie, później także przez WhatsAppa. Uważnie słuchał moich opowieści, zdawało się, że mamy podobną historię i podejście do życia. – Ponownie odkryłam w sobie miłość, młodość i uwierzyłam w rycerza na białym koniu, który wyzwoliłby mnie od beznadziei życia. Wysyłałam mu moje zdjęcia, on przysyłał swoje. – Niepostrzeżenie wdałam się w romans. Tomek niczego nie podejrzewał. – Wtedy głównie spał, leczył kaca, albo był w pracy. Dzieciaki poszły do przedszkola, ja całymi dniami (i nocami) wisiałam na telefonie. Nawet nie kasowałam moich rozmów z Matem, często zostawiałam filmy, w których byliśmy jedynymi aktorami. Seks przez Internet spodobał mi się bardziej niż realny. Miał w sobie ten dreszcz emocji, gdy Tomek spał za ścianą a ja oddawałam się komuś innemu za pośrednictwem kamerki; druga młodość! Wirtualne szczęście!

(cdn…)

Mentalna zaraza (Nauka pokory)

…we śnie przychodzą do mnie zmarli. Dawno nieżyjący wujek podaje mi ogromny zegar, przestawia jego wskazówki, wskazuje dziwną godzinę. Nie słyszę, ale skądś wiem, że działa. Jest bardzo ciężki, ledwo mogę utrzymać go w rękach. Babcia i matka patrzą smutnym wzrokiem. Nie mówią nic. Dziadek, którego w ogóle nie pamiętam klepie po mnie po ramieniu, jakby chciał przekazać jakiś znak, może pomóc…? Są tacy realni. — Nagle, we śnie pojawia się Anka. Nie widzę jej postaci, ale wiem, że jest. Nie potrafię powiedzieć, czy mówi, czy tylko przesyła swoje myśli.
Czy Anka umarła?
– Zgubiłeś mnie, poszukaj – mówi. – Zostawiłam po sobie różne znaki, tylko ty ich nie zauważałeś.
– Znaki? – pytam w moim śnie. – Ty żyjesz, czy umarłaś?
– Znajdź mnie, ty musisz to zrobić. Inaczej się nie odnajdę.
– Wrócisz?
– Znajdź mnie. Wyłącz analizę, zdaj się na intuicję – odpowiada, a ja budzę się zlany potem.
Długo nie potrafię wrócić do rzeczywistości. Wspomnienie zmarłych jeszcze długo unosi się w powietrzu. Rozglądam się po szarzejącym pokoju. – Aha – myślę – jestem w domu, dzieciaki śpią, światło świtu wpełza zza zasłony. Nie wiem, która to godzina, prawdopodobnie jakoś koło pół do piątej. Jest zupełnie cicho. – Wstaję, wychodzę z sypialni do salonu, patrzę, zegar stanął. Nie tyka.
„I tak pokazywał jakąś dziwną godzinę. W sumie, co za różnica czy chodzi, czy nie.”
Dość długo nie mogę strząsnąć snu z powiek i wrócić do tu i teraz. – Nigdy nie przykładałem wagi do snów, ale ten był tak realny. I jeszcze ci zmarli, niemal wszyscy bliscy z mojej rodziny, których już nie ma…
Zwijam śpiwór, usuwam wszelkie ślady mojej nocnej obecności w pokoju Potomstwa. Jestem zmęczony i niewyspany. W kuchni, w puszce, kończy się zapas kawy; nie mam innej, w sklepie zapewne niczego takiego nie dostanę. Nadal nie ma prądu, W telefonie skończyła się bateria, pozostał do niczego nie potrzebny laptop. Popijając kawę próbuję uporządkować myśli. – „Znajdź mnie, ty musisz to zrobić. Inaczej się nie odnajdę”, niejasne przesłanie mojego snu nie daje spokoju. – Gdzie jest Anka? Czy w ogóle żyje? Czy sen może cokolwiek znaczyć? – „Zostawiłam po sobie różne znaki, tylko ty ich nie zauważałeś”. – Nie zauważałem? – „Wyłącz analizę, zdaj się na intuicję”. – Co to, u licha ma znaczyć?
Zawsze próbowałem porządkować świat układając ludzi i zdarzenia w stworzonych przez siebie szufladkach. – „Zdaj się na intuicję”. – Czyli co? Mam odnaleźć zupełnie inny sposób oceny rzeczywistości? Jak? Przestać analizować? Wyłączyć myślenie? A może właśnie uwierzyć w sny? Żyć nie ustalając planów? – Przecież to niemożliwe, ale… – Gdybym mógł się kogokolwiek poradzić. Tylko kogo? Nie mogę podłączyć się do w Internetu, a innych znajomych nie mam.
„Chyba jestem w dupie”, to jedynie mi przychodzi do głowy. Grunt usuwa się spod nóg. Zostałem sam w dziwnym świecie, ale wygląda, że to jedyna rzeczywistość…
Od dobrych kilku lat pracowałem albo siedziałem z nosem w komputerze. Czy czegoś nie zauważyłem? Być może. – Nie potrafię sobie przypomnieć nawet tego poranka, kiedy padł Internet. Jest ta cała Zaraza, były wybory, później stan wyjątkowy. Ogarniam, co się działo na świecie, a nie wiem, jak była ubrana moja żona, gdy wczoraj wyszła z domu. – Nawet nie potrafiłbym zgłosić zaginięcia.
Teraz niczego nie da się zgłaszać. Nie jestem pewien, czy w ogóle otworzą sklep z jedzeniem i czy jutro będę miał czym nakarmić dzieci. Nie ma prądu, ciepłej wody, nie działa Internet. Karty kredytowe, konto w banku, ubezpieczenie na życie i tym podobne rzeczy nagle przestały istnieć. Żona zniknęła. Siedzę sam popijając przedostatnią kawę. Muszę się ogarnąć, coś wymyślić. Za moment obudzą się Dzieciaki i zacznie się prawdziwy problem.

(cdn…)

Mentalna zaraza (Bezsenność)

Potomstwo śpi spokojnie. Patrzę na ich jasne twarze, nieświadome tego, że nasz Świat obrał nagle zupełnie inny kurs.
Nie mogę zasnąć. Zwariowany zegar w salonie wybija nieistniejącą godzinę; już od dłuższego czasu nie potrafię go wyregulować. Znajduję latarkę, zapalam. – Świeci! —
Otwieram okno. Na zewnątrz ciemno. Wiosenne powietrze wpada rześkim strumieniem. Z niesamowitej ciszy, nagle, odzywa się śpiew słowika. Słucham. Nie czuję chłodu. Tylko strach, paraliżujący strach.
Anka zniknęła. Nie działa elektryczność, telefony, Internet… Właściwie nie wiadomo, czy cokolwiek funkcjonuje. Mamy jakieś żałosne zapasy jedzenia. Jutro nakarmię Dzieciaki, ale co będzie pojutrze…? – Przy mdłym świetle latarki szukam w zakamarkach schowanej kiedyś wódki. Przetrząsam niemal całe mieszkanie, wszystkie skrytki w których – swego czasu – zgromadziłem alkohol na gorsze czasy.
Nie ma.
Pierwotny lęk zamienia się w coś w rodzaju zdziwienia. – Anka najwyraźniej znalazła moje skarby. – Wylała? Wypiła sama? – Na pewno nie padło na ten temat ani jedno słowo.
Nagle uświadamiam sobie, że od początku tej całej Zarazy właściwie nie rozmawialiśmy. Nasza komunikacja ograniczała się do wymiany codziennych informacji. Po moim powrocie ze szpitala każde chowało się coraz bardziej w głąb własnej skorupy: Ona wciąż wisiała na telefonie, brała go wszędzie, nawet do łazienki. Ja siedziałem całymi popołudniami z nosem w komputerze, dyskutując ze znajomymi z Facebooka®. Nie kochaliśmy się od kilku miesięcy. – Albo ja szedłem spać, albo Anię bolała głowa, lub miała okres. – Nie zauważyłem czegoś ważnego w codziennej rutynie. Zapalczywie komentowałem doniesienia polityczne, Demokrację, Wybory, Stan Wyjątkowy, tę całą Zarazę i kwestię masek… Medialna rzeczywistość zaniosła mnie w czarną dziurę. Kwestie Jacka, Agatki czy Żony, zaginęły w codziennej rutynie.
Nie wiem dlaczego, przypomina mi się „Miasto ślepców” Jose Saramago.
Słowik za oknem umilkł. Przeraźliwa, ciemna noc wdziera się do pokoju.
Nagle zdaję sobie sprawę, jak bardzo oddaliliśmy się podczas Zarazy. Gdyby Anka miała kogoś na boku nawet bym się nie zorientował. – „I co się, u licha, stało z tą wódką?”
Odruchowo sięgam po telefon. Chcę porozmawiać z przyjaciółką z Facebooka. Chcę porozmawiać z kimkolwiek. Rozświetlony na chwilę ekran Smartfonu pokazuje brak dostępu do sieci.
No tak.
Podpalam ogień na gazowym palniku, gotuję wodę, zaparzam kawę. Mam jakąś wyrwę w życiorysie, wspomnienia z ostatnich kilkunastu lat to jedynie wysepki pamięci pogrążone w szlamie codzienności. Nie potrafię sobie przypomnieć nawet imion kobiet, z którymi sypiałem.
Nie podtrzymywałem młodzieńczych przyjaźni. Wirtualna rzeczywistość dawała ogromne, choć pozorne, możliwości znalezienia bratniej duszy. Ostatnio miałem kilkudziesięciu bliskich znajomych na Facebooku, z kilkoma czatowałem przez WhatsAppa. Od dziesięciu lat nie byłem z nikim na przysłowiowym piwie. Osoby z którymi spotykałem się w realu, to znajomi żony, lub wirtualne kochanki z Fejsa.
Gdy padł Internet, a Anka zniknęła, nagle dotarło do mnie, że jestem sam. – „Coś zawaliłem, czego, być może, nie da się naprawić”.
Wyłączam latarkę. Ciemno. Księżyc zaszedł. Anonimowe twarze bloków. Zwalisty zarys jedynego drzewa w okolicy. Chłód nocy. Cisza.
Zamykam okno, po omacku idę do sypialni dzieciaków. – Jacek śpi spokojnie. Agatka dyskutuje z kimś przez sen. – Znajduję śpiwór i kładę się na podłodze. Zapewne jest już dobrze po drugiej. Z salonu dobiega tykanie zegara i łączy się z równymi oddechami dzieci. Odmierza czas, niedobry czas. – Na twardej podłodze zapadam w sen.

Mentalna zaraza (Bezsilność)

To była miłość od pierwszego wejrzenia taka, co zdarza się tylko raz. Mieliśmy po dwadzieścia parę lat. – Jakaś bzdurna impreza: Ona była nieźle wstawiona, ja wtedy akurat nie piłem. Gadaliśmy do rana, potem odwiozłem ją do domu, zaprosiła do środka; pamiętam, jak zasypiała na wąskim łóżku w akademiku, patrzyłem jak równo oddycha i trochę się bałem. W bezbronnym, alkoholowo-narkotycznym śnie sprawiała wrażenie figurki Najświętszej Marii Panny z klasztoru oo. Kamedułów.
Wstała – pamiętam – totalnie skacowana. Miałem swoje sposoby na szybką pionizację z samego rana, wyuczone metodą prób i błędów na własnej skórze przez te kilka lat, kiedy nadużywałem czego się dało.
Spędziliśmy razem cały dzień, jakoś łatwo nam się rozmawiało, a ja nie mogłem obiektywnie patrzeć w tamte czarne oczy ani oddychać jej zapachem nawet, jeśli był przesiąknięty przetrawionym Jim Bimem z colą.
Spotykaliśmy się przez kilka miesięcy. Rozmowy w knajpach, w parku, wycieczki we dwoje w góry. Łączył nas ogień, jej oczy i mój głos. Przy bliższym poznaniu okazało się, że jestem jej pierwszym facetem. Kupiłem podrabianą ikonkę na pamiątkę tego pierwszego razu, zdaje się, że zrobiło to na młodej Ani pozytywne wrażenie. – W każdym razie uczciliśmy jakoś fakt wtargnięcia do sacrum. – Po tym, całkiem fizycznym, zjednoczeniu każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem; istnieliśmy tylko jako duet. Dwa ciała, jedna dusza, czy coś w tym stylu. – To bywa miłe, ale na dłuższą metę nie daje się wytrzymać. – Bez własnej przestrzeni człowiekowi zaczyna brakować powietrza.
Ten związek trwał wyjątkowo długo, zważywszy na okoliczności i nasz niestary wiek, ale w końcu musiało dojść do nieporozumień.
Miałem wrażenie, że nadal mnie kocha, tylko… No właśnie: była stanowcza, miała widocznie ważne powody, żeby powiedzieć: „Pa-pa, zostańmy przyjaciółmi”. – „Proszę cię, nie sypiaj z nikim, kogo nie będziesz kochała”. — Ha, ha, ha! — Happy end.
Szok, wstrząs i mój prywatny dramat trwał zbyt długo, by go przejść bez większych strat; poszedłem w autodestrukcję… Rzuciłem studia, nie miałem stałej pracy, Ukochani Rodzice żywili mnie i poili, udzielali z miłością przytulnego kąta w niewielkim mieszkanku. Miałem kasę na to, co chciałem, bez zobowiązań i jakiegokolwiek planu na życie. W ramionach Mamy i Taty sunąłem po równi pochyłej, zbliżając się z determinacją ku nieuchronnej katastrofie…
Spotkaliśmy się przypadkiem po ośmiu latach. – Banalna historia rodem z Harlequina. – Sceneria jak z deja vu; impreza mocno wzmacniana chemią. – W oparach wspomnień, alkoholu, miękkich i twardych narkotyków, poszliśmy do łóżka.
– Jestem w ciąży – powiedziała przez telefon, jakiś czas po naszym radosnym coitus.
– To niemożliwe. Tak po jednym razie?
– Zakładałeś gumkę?
– Chyba tak – odparłem, z trudem przywołując w pamięci okoliczności zapłodnienia. – Byliśmy nawaleni.
– Lekarz mówi, że to czwarty tydzień.
Cisza.
– Jesteś pewna, że to moje dziecko?
Kobieta zawsze wie. – odparła.
– To co zrobimy? – zrezygnowany i kompletnie pijany postanowiłem uwierzyć. „Co mi w sumie szkodzi?”, myślałem. – Chcesz urodzić?
– Tak.
– I jesteś pewna, że to moje?
– Twoje. – Zamknęła dyskusję, a ja wtedy wyszedłem po kolejne pół litra Żołądkowej, żeby uczcić doniosły fakt zostania ojcem. Prawdziwym, czy przyszywanym.
Połączyło nas Pierwsze Potomstwo, później kredyt i wspólne konto. – Może to była jakaś forma miłości, nie wiem. Na pewno, trwalszy niż uniesienia serca, kontrakt handlowy trzymał nas razem. – Zamieszkaliśmy wspólnie, urodziła się Agatka, po cichu wzięliśmy ślub: „Ja, Tomasz biorę sobie Ciebie, Anno za żonę i przyrzekam, że będę się starać z Tobą wytrzymać…”, czy coś w tym stylu; na pewno z mniejszą pompą niż Ślub Konkordatowy.
Z dnia na dzień wytrzymywaliśmy ze sobą, a nawet można powiedzieć, że połączyła nas jakaś szczególna zażyłość, być może nawet przyjaźń. Tak mi się wtedy wydawało. Przestałem pić, przejąłem się swoją rolą, znalazłem stałą pracę, przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania w nowobogackim osiedlu, na obrzeżach Miasta. Zdawało się, że zaczął się bardziej stabilny okres w moim życiu; zawsze coś…
Po trzech latach urodził się Jacek. – Poród był ciężki, ale – pomimo wysiłków lekarzy i położnej – synek jakoś przeżył.
Czas płynął powoli i wspólnie, ale tak naprawdę nigdy nie poznałem mrocznej części duszy mojej Małżonki, choć ona znała mnie na wylot.
Teraz Anka znikła, wysiadł Internet, a Świat przyjął marsową minę.

Wracam z tego widmowego sklepu z kilkoma opakowaniami Sucharów Podlaskich, butelką octu i kostką Margaryny Słonecznej; na długo nie wystarczy. – Od noszonej wciąż maski boli gardło. – Pomimo Godziny Policyjnej i faktu pozostawienia Potomstwa bez opieki, idę do Kaśki, znajomej, która ma stacjonarny telefon. Rano Anka wyszła tam, żeby dodzwonić się do pracy.
W ciemnościach nie natykam się ani na Policję ani na Wojsko, ani na Paramilitarną Bojówkę „Wolny Naród”, utworzoną z okazji robienia porządku w Ojczyźnie objętej Pandemią. — Godzina Policyjna. Chłód. Mroczne okna, uśpione latarnie i tylko księżyc patrzy zdziwiony na to pozornie martwe Miasto. Jest bardzo, bardzo cicho. Wchodzę po ciemku na klatkę schodową, idę na piętro uważając, żeby się nie przewrócić. Dotykam rękami szorstką ścianę, w końcu wyczuwam dłonią obite sklejką, ciężkie drzwi. Nie jestem pewien, czy dobrze trafiłem. Dzwonek oczywiście nie działa. Pukam.
Otwiera Kaśka.
– Szukam Ani.
– Ani? – Kaśka unosi zdziwiona brwi. – Nie ma jej tu.
– Wyszła rano, mówiła, że do was. Żeby zadzwonić do pracy.
– Nie widziałyśmy się od tygodnia.
Przerażenie odbiera mi resztkę sił.
– Nie wiesz, dokąd mogła pójść? – pytam czując, jak nogi miękną pod ciężarem moich niespełna stu kilogramów.
– Nie mam pojęcia. Telefon i tak nie działa. A co zrobiłeś z dzieciakami?
– Śpią w domu.
– Śpią? Same?! – Kaśka spogląda z nieukrywanym obrzydzeniem. – Lepiej wracaj, i to już. Anka wie, co robi. Pewnie znajdzie się w odpowiednim czasie.
-?
– No, już. Spadaj, bo cię złapią. Nie wolno włóczyć się po dwudziestej pierwszej trzydzieści.

Wchodzę do domu. – Cisza. – „To znaczy, że się nie obudziły” – myślę. Padam na fotel i chowam twarz w dłoniach.

(cdn…)

Mentalna zaraza (Ciemno w mieście II)

Ania nie wróciła do wieczora. Przeszukałem cały dom w poszukiwaniu czegokolwiek do zjedzenia. Potomstwo początkowo wyło, później jakoś przywykli do nowej, nietypowej sytuacji; zamilkli.
– Tata, jestem głodny – wyszlochał Jacek, gdzieś około południa. Agatka nie odzywała się, trzymając za rękę młodszego brata, jakby zrozumiała, że w tej chwili mają tylko siebie. I – być może – ojca.
Powyciągałem skądś zapasy zupek chińskich, gromadzonych na wypadek wyjazdu w góry, kilka konserw, nieco przeterminowanych, ale nie spęczniałych jeszcze ze starości. Podgrzałem to wszystko na kuchence gazowej, błogosławiąc mój niegdysiejszy upór, gdy Administracja budynku próbowała przeforsować instalację trójfazowych kuchenek elektrycznych. Z powodu bezpieczeństwa.
Zjedli bez gadania, co jest dla nich raczej nietypowe.
Gaz działa, to pewien plus, myślę.
Z zapadnięciem nocy, gdy Dzieciaki poszły spać, próbuję się dowiedzieć, co z Anią. Telefony nie działają, pojawia się tylko ikonka połączenia alarmowe. – Nie ma wyjścia, myślę, i wciskam odpowiedni przycisk.
Po chwili ciszy w słuchawce odzywa się głos automatycznej sekretarki:
„Witamy w Centrum Powiadomień Kryzysowych. Twoje dane osobowe, telemetryczne i lokalizacja są przetwarzane zgodnie z rozporządzeniem naczelnika Państwa z dnia (…). Jeśli chcesz zgłosić obywatela, który nie nosi maski, wybierz jeden, zrób zdjęcie i wciśnij krzyżyk. Jeśli chcesz zgłosić informację na temat obrażania Naczelnika Państwa, wybierz dwa, nagraj wiadomość i wciśnij krzyżyk. Jeśli chcesz zgłosić przestępstwo skarbowe, wybierz trzy. Jeśli chcesz donieść….”
Rozłączam się. Próbuję dzwonić na numer 112, 997 i 999, ale po drugiej stronie trwa głucha cisza. – No tak, myślę, jestem w dupie.
Za oknem prawie ciemno. Jest 20:46. Nie ma prądu, nic nie działa, w domu zapasów jedzenia starczy najwyżej na trzy dni. Anka gdzieś zniknęła, nawet nie wiem, gdzie jej szukać. Zostawiam śpiące dzieci i wyruszam do znajomych. Tych, co mają zwykły telefon. Może uda mi się czegokolwiek dowiedzieć.
Ciemno w mieście. Tylko księżyc w pełni wydobywa nienaturalne cienie spod ścian mijanych budynków. Nie wziąłem latarki, idę bez maski, staram się nie potknąć o krawężnik. W pewnej chwili spotykam widmową postać bez twarzy; omija mnie szerokim łukiem. Pomimo późnej pory, przed sklepem spożywczym kotłuje się kilkadziesiąt osób. Zamiast witryny – wybita szyba. Ekspedientka, z zakrytymi ustami i panicznym strachem w oczach rozdaje (a może sprzedaje?) to, co zostało w sklepie. Od jednego gościa dowiaduję się, że w południe była tu niezła rozróba, powybijano szyby i splądrowano sklep.
– Wie pan, zostały jakieś ochłapy, ale podobno mają trochę chleba, konserw i zupek chińskich. Staje pan?
– Dzięki – rzucam.
– Dziś rano wszystko padło. Słyszałem, że to atak Ruskich. Wpuścili bombę w Internet i mamy to, co mamy. Myśli pan, że będzie wojna?
– Nie wiem – odpowiadam. – Jak tu szedłem nie widziałem żołnierzy ani policji. Może to przejściowe trudności. Moja żona wyszła rano poszukać normalnego telefonu, żeby zadzwonić do pracy. I znikła.
– Nie da się zadzwonić z normalnego – odpowiada tamten. – Ja mam telefon stacjonarny i też nie działa. Z komórki da się tylko złożyć donos. To trochę dziwne, nie sądzi pan?
– Nie wiem. Ale mówi pan, że nie da się dodzwonić?
– Nie da.
– Właśnie wyszedłem do znajomych. Takich, którzy mają normalny telefon. Szukam żony.
– Nic z tego. Niech pan staje za mną. Może uda się dostać coś do żarcia. I niech pan zasłoni twarz, bo pana gotowi zlinczować. Słyszałem, że jedną babkę skopali, bo nie miała maski.
– Dobrze, jakoś się zakapturzę; dzięki.
Wsuwam głowę głęboko w dres tak, że widać tylko oczy. – Coś jest nie tak, myślę. – Dopiero po chwili zauważam, że nie słychać ryku śmigłowców patrolujących niebo.
Staję. Około dwadzieścia osób przed sklepem. Nie dochodzi do rękoczynów, chociaż od czasu do czasu, w środku tego tłumu, słychać podniesione głosy. Mam nadzieję, że Potomstwo się nie obudzi. Bo jak któreś nie śpi, to będzie sajgon.

(cdn…)

Mentalna zaraza (Ciemno w mieście I)

Dziś z rana padł Internet.
Budzę się, otwieram lodówkę, a tam ciemno. Nie świeci się światło, nie działa pralka i kuchenka mikrofalowa. Sprawdzam bezpieczniki – wszystko w porządku. Laptop otwiera się na zasilaniu bateryjnym, próbuję otworzyć przeglądarkę, żeby sprawdzić Stan Państwa Na Dzisiaj.
Brak sygnału. Otwieram telefon, a tu komunikat:
„Brak sygnału, dostępne połączenia alarmowe”.
Co jest?
Za godzinę Ania powinna się zalogować do swojej pracy zdalnej, ale wygląda, że nic z tego. Progenitura jeszcze śpi. Budzę żonę.
– Coś się stało z prądem i telefonami.
– Uaaauu – Anka przeciąga się. – To nic, zadzwonię do pracy, że biorę urlop…
– Nie zadzwonisz.
– Jak to?
– Telefon też nie działa. Chyba że spróbujesz na swoim.
– Daj mi spokój – rzuca. – Chcę jeszcze pospać.
– Dobra, sprawdzę na twoim też.
Niestety telefon Anki właśnie się wyładował. Podłączam do power banku. Po dłuższej chwili pokazuje się ekran. – „Wprowadź PIN”, pisze. Budzę żonę, nie znam PIN-u.
– Daj mi jeszcze chwilę pospać – Ania podnosi głos. – Znów te twoje paranoje!
– Wpisz PIN, później dam ci spokój.
Wpisuje. Potwierdza. – „Brak sygnału, dostępne połączenia alarmowe”. Tak samo jak na moim.
– Kurwa, co to jest?
– Nie wiem. Zdaje się, że wywaliło Internet.
– Jak to wywaliło?
– Po prostu. Nie działa.
Anka wstaje z trudem. Jest siódma rano.
– Mamy jakieś pieniądze? – pytam. – Miałaś wyciągnąć trochę gotówki po tym, jak mi wyczyścili konto.
– Zrobię to dzisiaj.
– Nie wiem, czy ci się uda.
– Nie panikuj. Pójdę do bankomatu i wyciągnę.
– Dobra. Ale musisz wstać. I jakoś dotrzeć do zwykłego telefonu, żeby zadzwonić do pracy. Załóż maskę, nie zapomnij.
Budki telefoniczne dawno przestały istnieć, ale nasza znajoma ma analogowy telefon.
– Pójdę do Kaśki. Zadzwonię do pracy, a potem wyciągnę kasę z bankomatu. Musisz zająć się dziećmi.
– Okej.
Anka wybiera się w świat na poszukiwanie telefonu i pieniędzy. Progenitura leniwie otwiera oczy.
„Dobrze, że mamy kuchenkę gazową”, myślę. Stawiam wodę na kawę i mleko dla Dzieciaków. Gaz pali się niebieskawym płomieniem. Po chwili z czajniczka unosi się smużka pary. Kroję chleb, kładę nań to, co jeszcze jest w lodówce. Jacek wpada do kuchni z wyciem.
– Gdzie jest mama??? Ja chcę do…
Agatka schowała się w kącie łózka. – Zdaje się, że dzieci szybciej wyczuwają nadchodzące niebezpieczeństwo.

(cdn…)

Mentalna zaraza (Świat przez słuchawki)

Dwa dni po ogłoszeniu wygranej w Wyborach, wprowadzono stan wyjątkowy. Tak na dobrą sprawę niewiele się zmieniło; media donoszą o wprowadzeniu godziny policyjnej. Od 21:30 do 6:00. Oraz „nadzwyczajne uprawnienia” dla policji i wojska. Zawieszono – nie używaną od dawna – konstytucję. Obowiązują dekrety Naczelnika Państwa. Nic więcej.
Wcześnie rano budzi mnie płacz Jacka. Wystraszył się dźwięków latających przez całą dobę śmigłowców, teraz chowa głowę pod kołdrę i szlocha. Próbuję go przytulić, ale mija dobrych kilkadziesiąt minut, zanim znowu zasypia. Ma pięć lat. Jest 5:30.
Siadam do komputera. Nie mogę znaleźć serwisu wydarzeń lokalnych, zdaje się, że serwer nie odpowiada. Otwieram stronę gov.pl. – Czerwony napis wyraźnie ogłasza „obowiązek zainstalowania aplikacji rządowej, pod karą…” I tu link.
Wiosenny świt. Gdy otworzę okna, czuję zapach kwitnących jabłoni, zupełnie jakby przyroda nic sobie nie robiła z Zarazy. Poranna szaruga powolutku zmienia się w świt i chłodny, kwietniowy poranek. Drzewa wypuszczają pąki, zza pobliskiego drzewa wschodzi słońce. W oddali śpiewa skowronek. Nad dachami przelatuje szary helikopter.
Instaluję Obowiązkową Aplikację „Obywatel”, zgodnie z Rozporządzeniem Naczelnika Państwa. Program domaga się absurdalnych uprawnień, na przykład: dostępu do połączeń telefonicznych, lokalizacji, kamery, mikrofonu, pamięci urządzenia, kontaktów, menadżera telefonu… Tak na dobrą sprawę – do wszystkiego.
Trudno. Mus to mus. Klikam: „Zgadzam się”.
Zakładam słuchawki. Jest jeszcze wcześnie, a chcę posłuchać muzyki, nie budząc Rodziny. Znajduję na dysku jakieś ciężkie kawałki. Nirvana, Radiohead, Prodigy… Puszczam na full, by zagłuszyć wdzierający się zza okna warkot.
Czasy wyglądają na niepewne. Próbuję przelać kasę z wszystkich kont na jedno; jak tylko dam radę, wyciągnę gotówkę z bankomatu.
Loguję się. – Ostra muzyka w uszach oddziela mnie od pachnącego wiosną strachu. – Wpisuję hasło, przychodzi SMS, potwierdzam na telefonie i wkrótce znajduję się na stronie Banku. Przychodzi kolejny SMS, otwieram, jakaś reklama, usuwam ją, nie czytając…
Nagle na ekranie zaczyna się dziać coś dziwnego. Widzę, jak „same” likwidują się lokaty terminowe, przez chwilę widać jakąś kwotę. Kafelek „utwórz przelew” pojawia się nagle i znika. Patrzę na to ogłupiały. Wszystko trwa jakieś dziesięć sekund. W okienku „saldo ogólne” widnieją trzy cyfry: 0,00 PLN.
Co jest?!!!
5:55. Minęło piętnaście minut. Jak gdyby nigdy nic, przez słuchawki słyszę „Smells like teen spirits”. Wylogowuję się ze strony Banku, jeszcze nie do końca dociera do mnie, co się stało. Po chwili przychodzi wiadomość na telefon: „saldo dostępne: 0,00 PLN”.
„Ktoś wyczyścił mi konto”, ten fakt dochodzi z pewnym opóźnieniem. Próbuję jeszcze sprawdzać, ale nie mogę się zalogować do Banku. Po trzech próbach system blokuje możliwość dostępu przez Internet. Dzwonię na Infolinię. – „Nie ma takiego numeru”, słychać po drugiej stronie słuchawki. Jest szósta rano.

Nie po raz pierwszy tracę nagle wszystkie oszczędności swojego życia. Na dobrą sprawę powinienem był się przyzwyczaić. Te kilkaset złotych, które leży schowane w szufladzie, powinno wystarczyć na życie przez kilka tygodni. Anka ma swoje pieniądze. – Błogosławię fakt, że nie chciałem mieć wspólnego konta. – Jakoś przeżyjemy, przynajmniej przez pewien czas. – Poranne słońce przykrywają niewielkie chmury. Ściągam słuchawki. Agatka otwarła oczy. Leży nieruchomo w swoim łóżeczku wsłuchując się śpiew ptaków zagłuszany co jakiś czas przez warkot śmigłowców.
– Tata? – pyta cichutko. – Boję się…
– To nic, Agatko – przytulam ją delikatnie. – Wszystko będzie dobrze. Popatrz: Jesteśmy razem. Mama się obudzi. Może zjemy razem śniadanie. Za jakiś czas wrócisz do szkoły. Wszystko będzie normalnie tak, jak kiedyś.
– Nie zarażę się wirusem? Tak strasznie się boję. Nie umarnę?
Ma siedem lat. Maleńkie kropelki odbijają świat w kącikach szarych oczu.

(cdn…)

Mentalna zaraza (Stan Wojenny)

Jedynym dążeniem Władzy jest żądza władzy. Niezależnie od detali, każda Władza jest taka sama. Władza w Czasach Zarazy, zakazując niemalże wszystkiego, daje wyraźny sygnał, że się boi. Szuka Winnego, by skanalizować (typową w takich przypadkach) agresję obudzoną wśród Poddanych; jeśli Go nie znajduje, traci grunt pod nogami. Słaba Władza podpiera się autorytetem kogoś – w jej mniemaniu – silniejszego, na przykład Kościoła. Uruchamia Policję i Wojsko. Zaostrza represje. Wprowadza faktyczny stan wyjątkowy, tylko po to, by nie stracić władzy. Słaba Władza próbuje chronić tylko siebie, jej przetrwanie jest celem samym w sobie. Słaba Władza i tak zginie, ale zanim zniknie, poleje się dużo krwi.

Przez te kilka dni duszę się w domu. Obieram postać kuleczki, wcisnąwszy się w krawędź łóżka, próbuję nie dopuścić, by chaos stworzony przez cztery osoby ściśnięte na niewielkiej przestrzeni, przeniknął mózg i rozwalił ponownie w kawałki. „To tylko taka trochę większa cela”, myślę. I leżę. Życie przeciska się obok.

Piątego dnia, obudziwszy się o czwartej nad ranem, wstaję i zasiadam przed komputerem.
Wiadomości ze Świata spadają nagłym olśnieniem: „Faktycznie jest źle”.
Władza się miota. Władza jest u kresu.
W ciasnych mieszkaniach narasta agresja domowa, rośnie spożycie alkoholu, ludzie z dnia na dzień tracą pracę. Policja karze wysokimi mandatami młodzież przed osiemnastym rokiem życia, której zabroniono wychodzić z domów. Zakaz poruszania się obejmuje także łąki, lasy i pola; Wojsko patroluje Puszczę Kampinoską. Rośnie lawinowo ilość spamu, przeciążony Internet zwalnia, znudzeni hakerzy włamują się do kolejnych systemów. Rośnie ilość włamań do banków, ze Skype’a ciągle wyciekają jakieś dane. Ceny żywności i leków rosną w logarytmicznym tempie, przed sklepami spożywczymi, aptekami i pocztą tworzą się kilkusetmetrowe kolejki. Bezosobowe maski na twarzach ludzi budzą strach.
„To już było” – myślę wpatrzony w ekran wyświetlający najnowsze wiadomości. – „Dżuma”, „Miasto ślepców”. Blitzkrieg w pierwszych dniach września 1939 roku… Stan Wojenny w 1981. „Rok 1984”…
Na Facebooku – Pandemia strachu: Opieka Zdrowotna w chaosie, bez środków do ochrony siebie i chorych. Logarytmiczne wykresy pną się ostro w górę; jakiś „scenariusz włoski”, czy „chiński”. Setki zbędnych komentarzy, które niczego nie zmienią. Dywagacje na temat tego, czy robić Wybory, czy może ich nie robić? Komentarze dotyczące newsów z procesu szamotania się Naszego Rządu. Pan Prezydent i Pan Przewodniczący gdzieś znikli, zapadli się pod ziemię… Twarze Władzy: Wstrząsające zdjęcie Pana Prezesa, wyraźnie załamanego, w pustej Sali sejmowej. Pan Prezydent, na zdjęciu, dobrotliwie uśmiechnięty; jak Papież…
W głowie zaczyna mi wirować, nie mogę się powstrzymać, by nie dodać swoich – kompletnie nieistotnych – komentarzy; wciąga mnie Panika Facebooka, drżą ręce, narasta lęk.
Zamykam Internet. Przełączam telefon w „tryb samolotowy”. Na dysku mam kilkaset godzin muzyki; włączam ruskiego Aimpa, w słuchawkach rozbrzmiewa tak dawno nie słyszana muzyka.
„Jestem świadkiem katastrofy” – myślę, wsłuchany w dźwięki IX Symfonii Beethovena. – „Ten System ginie i nie wiadomo, co będzie później”. – Jasność tego faktu wyraźnie uspokaja; nie mam już na nic wpływu. Trzeba będzie dostosowywać się na bieżąco, każdego dnia. Licząc na pomoc jedynie najbliższych.
Spojrzałem na śpiące Potomstwo, maleńkie buźki dzieci, których nie dosięgnęła jeszcze żadna tragedia. Anka oddycha równo, ma lekko rozchylone usta. W sypialni unoszą się spokojne oddechy, zza okna słychać warkot helikoptera…
Kocham ich, chociaż nie bardzo potrafię to okazać. Kocham ich i to jest najważniejsze.

(cdn…)

Mentalna zaraza (Prima aprilis)

Wkrótce zostaję wypisany ze szpitala. Tych kilka dni, choć niby niewiele się działo, starczyłoby na całą powieść. Z lekarzem widziałem się raz, a Pani Kierownik Oddziału – przed wypisem – rozmawiała ze mną przez Skype, siedząc zamknięta w dyżurce, piętro wyżej. – Wiadomo, epidemia…
Ruch pacjentów śledzą zamontowane u sufitu kamery. Naraz zdalnie otwierają się drzwi. – Wreszcie wolność…!
Wolność?
**
Karta informacyjna, gdzie czarno na białym, widnieje Wielkie „F” i opis rozpoznania szufladkującego mnie w aktach Tych Co Mają Nie Po Kolei W Głowie. Mam e-zwolnienie, całkiem legalne, na czas pobytu i jeszcze przez miesiąc, prawie całkiem za darmo, nie najgorzej…
Numerki do e-recepty i zalecenie „dalszego leczenia w PZP”.
Co to jest „PZP”?
Do głowy przychodzi rozwinięcie tajemniczego skrótu, „Powiatowy Zakład Pogrzebowy”. – Zdaje się, że mam omijać ten oddział z daleka; bardzo chętnie, szczerze mówiąc.
Na zewnątrz zaszły daleko idące zmiany w funkcjonowaniu otaczającej nas Rzeczywistości. Zakaz Zgromadzeń Powyżej Dwóch Osób (ZZPDO). Zakaz Poruszania się Dzieci (ZPD). Praca Zdalna(PZ), Urlopy Bezpłatne (UB), Nadzwyczajne Uprawnienia Policji (NUP).
Do psychiatry można zapisać się jedynie przez Skype, cała Służba Zdrowia jest w fazie walki z koronawirusem, jeśli dolega ci coś innego, to spadaj.
Na ulicy pustki, poprzerywane przez widmowe postacie w upiornych maskach ukrywających całe twarze. – Przypominają głowy ogromnych owadów z wielkimi okularami, bez otworów na usta i nos. W jednostajnie zgniłozielonym kolorze.
Anka odbiera mnie koło południa. Pacjentom nie przysługują Przepisowe Maski z powodu chronicznego ich niedoboru w szpitalach. Te nieliczne zagarnia personel, muszą jakoś pracować… – Ania próbuje jeszcze raz porozmawiać z Panią Kierownik, ale ta nie przyjmuje osób postronnych. Moja relacja musi jej wystarczyć. I dobrze.
Jedziemy przez opustoszałe miasto. Nieliczni kierowcy łamią wszelkie przepisy. Podczas podróży czuję chwile grozy, gdy kilkakrotnie inny samochód zajeżdża nam drogę, a na skrzyżowaniu, na czerwonym, przemyka w pełnym pędzie czarna beemka.
Policja ma inne zajęcia. Po przywróceniu szczątkowej komunikacji publicznej, funkcjonariusze narażają życie, jeżdżąc za autobusami i, co jakiś czas, wyrzucając nadmiarowych pasażerów na przystanki. Po drodze widzę patrol, który zatrzymuje jakiegoś gościa bez maski na twarzy. Wypadek na przedostatnim skrzyżowaniu. – Karetka, niebieska dyskoteka, ludzie w kombinezonach. Strażacy każą jechać dalej, kawałek po chodniku; docieramy do domu.
Spotkani sąsiedzi patrzą na nas z furią w oczach. – W szpitalu nie zaopatrzono mnie w maskę. – Omijają bardzo szerokim łukiem. Jakiś Marsjanin, w którym rozpoznaję faceta z piętra, wymachuje rękami.
– Policja! Bez maski! Kwarantanna! Korona! Epidemia…! – wrzeszczy zduszonym przez materiał głosem. Zgniłozielona twarz podskakuje w rytm bulgocących dźwięków. Wygląda na kogoś, kto może zrobić krzywdę.
Uciekamy szybko na drugą stronę ulicy. – Dwieście metrów z samochodu do domu stanowi wyczyn godzien wyprawy na Biegun Południowy. – Nadciąga wieczór, idzie na deszcz. Zimno mokrego przedwiośnia. Niewidzialne zarazki unoszą się w wilgotnym powietrzu. – Chowam głowę w kapturze i szybko docieramy do drzwi.
Babcia z Dzieciakami szaleją po domu. Ich dźwięki słychać ich już od klatki schodowej. Przez dłuższą chwilę nie zauważają naszego przyjścia. Ryk, bieganie, Potomstwo nosi ślady świeżych obrażeń; najwyraźniej trwa wojna domowa. – Babcia, schowana w łazience, siedzi i płacze. Maseczka na jej twarzy cała przesiąkła, nie ma zapasowej…
Babcia, lat sześćdziesiąt, z powodu podwyższonego ryzyka zakażenia, nosi maseczkę przez całą dobę. Jedną. Bo nie ma drugiej. Towar deficytowy.
Uwalniam Babcię z toalety. Bez słowa rzuca się do drzwi, wybiega bez pożegnania.
Ania ściąga maskę. Próbuje przekrzyczeć dzieciaki. Ja chowam się w kącie przedpokoju, zatykam histerycznie uszy.
Pięćdziesiąt metrów kwadratowych przestrzeni napiera ze wszystkich stron. Wzrasta, gdzieś wewnątrz, totalne odrealnienie. Zwijam się w kłębek, okrywam dresem głowę i opadam powoli na zimną podłogę…

(cdn…)

Mentalna zaraza (Mgła)

W oddziale panuje spokój. Nie ma wizyt lekarskich, pielęgniarki dozorują nas (tak, tak: Nas) przez monitoring, dzięki czemu ich styczność z chorymi ograniczona jest do minimum. Są trzy posiłki: ósma, dwunasta i siedemnasta. Leki: ósma trzydzieści, czternasta i dwudziesta. Poza tym nie ma nic do roboty. Zawieszono dodatkowe zajęcia, które odbywały się – jakoby – przed Zarazą. Teraz nie wolno wychodzić poza oddział, do użytku jest sala telewizyjna, gdzie od rana do nocy nadają Program 1 TVP.
Wiadomości, seriale i msze święte. Nieliczna grupka wpatruje się w kolorowy ekran.
Uciekam do łóżka. – Na Sali jest ich osiem; moje przy oknie. – Odwracam się i zapadam w letarg.
Przed oczami przepływają obrazy z życia. Próbuję zatrzymywać wspomnienia z tych miłych chwil. Młodzieńcze miłostki, czas studiów, liceum… Tyle lat!
Pstryk!
Wraca Pierwsza i Druga Miłość Mojego Życia. Zatarta przez czas pamięć przywołuje tylko te miłe chwile. Jakaś jesień, noc w schronisku, kilkudniowa wyprawa w bezludne góry. Bez turystów, z wczesnojesiennym wiatrem i gwiazdami na niebie.
Mój pierwszy raz. Bez dragów, w takim małym schronisku, gdzie była tylko jedna, dwunastoosobowa, sala. I żywej duszy, oprócz chatara, piętro niżej, i nas dwojga. Zupełnie na trzeźwo (dzięki Ci, Losie!), nie przespane dwie trzecie nocy. Jej zapach i smak; nieporadny dotyk… Była zakochana, ja też. – Tak obrzydliwie romantycznie, jak to się czasami zdarza w życiu.
Trzymam się pamięcią tych kilku przeżytych dni, odsuwam wszystko, co nastąpiło później. Wywalam z pamięci zakończenia, mój skok w dragi, exitus ze studiów; imprezy z szybkim seksem, bezimiennym, bez konsekwencji.
Te góry. I tamte, później. To dziwne, ale zawsze jakoś w okolicach jesieni się zaczynało, a kończyło na wiosnę. Wtedy tak dobrze czułem zapachy. – Jeszcze niezniszczone powonienie nadmiarem fajek. – Woń spadających liści, deszczu i podnieconej kobiety, blisko…blisko… Świecące w ciemnościach oczy, nasze oddechy łamiące tę wielką ciszę.
Noc i gwiazdy. Sklecone naprędce ognisko, nieco fałszujący dźwięk gitary, mało skomplikowane piosenki…
Czwarta nad ranem
może sen przyjdzie
może mnie odwiedzisz
Czwarta nad ranem…
…śpiewane „only for you”. Oczy. Dźwięki. Dotyk. Ulotny Wszechświat dwojga osób. Przeczucie, że nic złego nie może się wydarzyć…
Młodość, tak naiwna z perspektywy czasu, bo przecież niedługo później…
Nie ma żadnego później! Wtłaczam się w mentalną mgłę wyidealizowanych wspomnień. Odwrócony twarzą do okna. W Wariatkowie, gdzie znalazłem się przez kolejną, własną głupotę. Ledwie odtruty z heroinowego ciągu. Bez możliwości wyjścia, w horyzontalnej pozycji, wyobcowany z realnego świata.
– Zapraszamy na obiad – świszczący ryk głośników wyrywa z dalekiej podróży.

(cdn…)