Exit

…z pamięci wdzierają się do świadomości obrazy pierwszych reanimacji. Gdy zaczynałem pracę, każdy dyżur w Pogotowiu był urozmaicony zgonem: Przyjazd – trup – reanimacja – pełen zgon. Jedną osobę udało się odratować przez niemal trzy lata pracy. Zastanawiam się, czy nie ingerujemy za daleko. – Pan Marek kilka lat temu reanimowany przez kogoś innego, przez kilka osób, leży do dzisiaj nieprzytomny pod respiratorem. – Czy medycyna nie niszczy odwiecznej równowagi w przyrodzie? Równowagi życia i śmierci? Czy nie powinniśmy pozostać przy dawnej definicji zgonu jako ustania czynności serca? Kultura Zachodu nie uznaje śmierci, stara się o niej zapomnieć, zepchnąć na margines „sukcesów w walce…” Z czym? Z Kim? Ze śmiercią? Ona i tak zrówna człowieka i drzewo.
„Exit.” Tak czasami wpisują lekarze do karty choroby, unikając słowa „umarł”.

Wagonik donikąd

Na Facebooku przedstawiają się twarze kolejnych znajomych. Nigdy ich nie widziałem. Sądząc po nazwiskach te dwa byczki o zarozumiałych gębach, to dzieci moich byłych wielkich miłości. – W duchu cieszę się, że nie moje. – Nie wchodzę na ich profile. – Po co? – Żadna z byłych wielkich miłości nie przyjęła zaproszenia, by zostać znajomą; to czy żyją widać po istnieniu we wszechobecnym portalu-aplikacji.
Wiadomości z kraju czerpię z amerykańskiego serwisu, odłączyłem sygnał polskiej telewizji. Ponoć nepotyzm rządzi krajem i niedługo czeka nas krach gospodarczy. A może wojna? Nie chcę o tym wiedzieć, to żywioł, na który nie mam wpływu.
Spalił się Internet wraz z jednym z garaży w sąsiednim budynku. Nie napiszę słowa bez dostępu do Sieci. To novum nazywa się Office 365.
Sieć oplata.
Sieć pokazuje twarze moich byłych: podstarzałych i obcych.
Na selfie smartfonem moja twarz jest stara i dobrze znana, nie lubię jej… Smartfon to osobisty asystent: pokazuje do kogo dzwonię, gdzie jestem, teraz ciągnie megabity na pożarcie dla komputera, a z nudów nagrywa moje rozmowy i filmuje twarz. Zna moje odciski dłoni.
Wydaje mi się, że nie obędę się bez smartfonu. Bez pracy, bez rodziny, bez zielonkawych i żółtawych papierków przynoszonych raz na jakiś czas w portfelu.
Odkładam na gorsze czasy, ale te przychodzą na początku każdego miesiąca…
I tak dalej.
Wagonik bez lokomotywy pędzi w dół coraz szybciej. Posadzono mnie tyłem do kierunku jazdy, wykręcono hamulce. Nie mogę się odwrócić, chyba nawet nie chcę; mam wiatr we włosach. Wiatr strachu.

Od nowa

Uczę się od nowa podejścia do pacjenta. Czasy się zmieniają, praca w gabinecie zupełnie nie przypomina tej w szpitalu, czy w przyszpitalnym ambulatorium. Przychodzą inni ludzie, płacą za wizytę, nie wiadomo, czego chcą. Kiedyś leczyłem osoby będące ciężko chore, teraz przychodzą ludzie z bardzo różnymi oczekiwaniami, często niewiele mówią lub w potoku słów trudno znaleźć sens tego, po co do mnie przyszli. – Od jakiegoś czasu pytam:

– Czego pan ode mnie oczekuje? – I chociaż nie zawsze dostaję odpowiedź, samo pytanie wnosi tyle, że pacjent przyjdzie tu ponownie, lub nie.

Chcą zwolnienie z pracy, rentę, zaświadczenie do sądu… Zbyt rzadko potrzebują pomocy lekarza, zbyt często – urzędnika wystawiającego świstek, podbijającego pieczątkę, włóczącego się za nimi po ciemnych salach rozpraw.

Miałem taki okres, że zgłaszali się ludzie potrzebujący pomocy. Ostatnio zrobiło się zwyczajnie: zwolnienia, durne dolegliwości, których nie wyleczy lekarz rodzinny, ale mógłby byle rezydent psychiatrii na drugim roku stażu.

Sam jestem sobie szefem. To zniewala bardziej niż hierarchiczność szpitala.

Zarabiam pieniądze. – Teraz.

Kiedyś pracowałem dla samej pracy, przelewy na konto przychodziły same.

Kamień

New Delhi. Wciągnięta przed momentem żółta heroina rozchodzi się po tkankach. Ten gruby gość każe wyjść, zabierają mi pieniądze, wypychają na ulicę, brud…

Gdy wracam do hotelu mówię, że ich wszystkich kocham, po czym urywa mi się film; budzę się w samolocie, chmury od góry oświetla słońce.

Przez całe wakacje mieszkam sam, nie odzywasz się wcale, chodzę do pracy coraz bardziej zmęczony tak, że nie mam siły poprosić o zwolnienie. Jeżdżę do Częstochowy i w jedno miejsce w górach nocami, kiedy nie śpię, z rana udaje się zdążyć do pracy, wchodzę w rolę, leczę, pacjenci mnie cenią…

Upijam się na przedostatnim dyżurze; pielęgniarki udają, że nie czują, nie ja pierwszy i nie ostatni. Nikt nie zauważa niczego niepokojącego; odchodzisz nie pisząc nawet sms-a.

Woda spod prysznica kapie na podłogę, starannie wycieram skórę, rozpylam wodę po goleniu. W szafce stoi przygotowane sto tabletek meprobamatu, czuję kamień w brzuchu, włączam muzykę, popijam wodą, kładę się, by zasnąć –

21.02.2001

Wypaliłem się. 

Na swoje usprawiedliwienie chciałbym dodać, że chciałem być w jakiś sposób użyteczny. Bo okazało się, że nie potrafię niczego innego, tylko leczyć ludzi. 

Leczyłem. Do zamordowania się, ciężkiej choroby, wypalenia w końcu. 

Wiem, że nic mnie nie usprawiedliwia w oczach tych, co jeszcze chcą być przy mnie. 

Jestem grudką popiołu pragnącą śmierci. 

Nie chcę szczęścia wiecznego, to jakiś koszmar. 

Nie chcę wpleść się w Ziemię, wypalić w ogniu, pozostać w jakikolwiek sposób, choćby pisząc te słowa. 

Piszę dla siebie. 

Nie musicie, zapewne nie chcecie, czytać. 

Wypaliłem się. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Trzeba ponieść karę? Konsekwencje? 

Nie jestem gotów. 

Wypaliłem się. Nie umiem płakać. 

Kilka słów o agonii

1. Powietrze

Usta na wpół otwarte. Łapią powietrze, żeby żyć. Bezwzrok od dawna już, bezsłuch… Tylko usta, żyjące jeszcze: wdech – wydech. 

Nie mogą się zamknąć, wydają krzyk przy każdym oddechu, przepona pracuje równo, szybko, zbyt szybko… Oczy nie poznają, uszy słyszą znane tylko sobie dźwięki. Usta spierzchnięte domagają się wody, czuć ruch powietrza… 

Jak długo to potrwa? Jak długo usta będą łapać oddech, jak długo płuca przemienią je w rozpuszczony tlen? 

Dopóki wydają krzyk, można by sądzić, że konanie potrwa jeszcze długo, dużo siły w półotwartych ustach. 

Dużo siły, długo… Nie zawsze dobrze mieć dużo siły… 

2. Requiem

Wydzwaniał ktoś kilka razy, nie odbierałem, nie znałem tego numeru. Gdy dojechaliśmy na miejsce, była cała żółta, jeszcze ciepła, umarła nie dawniej, niż przed pół godziną. Tylko głucha współlokatorka z pokoju, zawodziła z sąsiedniego łóżka, nikomu innemu nie drgnęła twarz. 

Rzeczowe pytania, rzeczowe odpowiedzi, zakład pogrzebowy odciąża znacznie z formalności. – Pełen profesjonalizm. – Od razu wybór trumny, jaki wieniec, wiązanka… Dokąd dowieźć i na kiedy, ustalimy później. Są święta, Urząd nieczynny. 

Złożenia w trumnę nie widziałem. Pogłaskałem tylko zwłoki po głowie, jakby coś jeszcze czuły. Spóźniliśmy się: ojciec i ja. 

Zakryta twarz prześcieradłem, ostatni widok, jaki wynoszę……….