Mentalna zaraza (Prima aprilis)

Wkrótce zostaję wypisany ze szpitala. Tych kilka dni, choć niby niewiele się działo, starczyłoby na całą powieść. Z lekarzem widziałem się raz, a Pani Kierownik Oddziału – przed wypisem – rozmawiała ze mną przez Skype, siedząc zamknięta w dyżurce, piętro wyżej. – Wiadomo, epidemia…
Ruch pacjentów śledzą zamontowane u sufitu kamery. Naraz zdalnie otwierają się drzwi. – Wreszcie wolność…!
Wolność?
**
Karta informacyjna, gdzie czarno na białym, widnieje Wielkie „F” i opis rozpoznania szufladkującego mnie w aktach Tych Co Mają Nie Po Kolei W Głowie. Mam e-zwolnienie, całkiem legalne, na czas pobytu i jeszcze przez miesiąc, prawie całkiem za darmo, nie najgorzej…
Numerki do e-recepty i zalecenie „dalszego leczenia w PZP”.
Co to jest „PZP”?
Do głowy przychodzi rozwinięcie tajemniczego skrótu, „Powiatowy Zakład Pogrzebowy”. – Zdaje się, że mam omijać ten oddział z daleka; bardzo chętnie, szczerze mówiąc.
Na zewnątrz zaszły daleko idące zmiany w funkcjonowaniu otaczającej nas Rzeczywistości. Zakaz Zgromadzeń Powyżej Dwóch Osób (ZZPDO). Zakaz Poruszania się Dzieci (ZPD). Praca Zdalna(PZ), Urlopy Bezpłatne (UB), Nadzwyczajne Uprawnienia Policji (NUP).
Do psychiatry można zapisać się jedynie przez Skype, cała Służba Zdrowia jest w fazie walki z koronawirusem, jeśli dolega ci coś innego, to spadaj.
Na ulicy pustki, poprzerywane przez widmowe postacie w upiornych maskach ukrywających całe twarze. – Przypominają głowy ogromnych owadów z wielkimi okularami, bez otworów na usta i nos. W jednostajnie zgniłozielonym kolorze.
Anka odbiera mnie koło południa. Pacjentom nie przysługują Przepisowe Maski z powodu chronicznego ich niedoboru w szpitalach. Te nieliczne zagarnia personel, muszą jakoś pracować… – Ania próbuje jeszcze raz porozmawiać z Panią Kierownik, ale ta nie przyjmuje osób postronnych. Moja relacja musi jej wystarczyć. I dobrze.
Jedziemy przez opustoszałe miasto. Nieliczni kierowcy łamią wszelkie przepisy. Podczas podróży czuję chwile grozy, gdy kilkakrotnie inny samochód zajeżdża nam drogę, a na skrzyżowaniu, na czerwonym, przemyka w pełnym pędzie czarna beemka.
Policja ma inne zajęcia. Po przywróceniu szczątkowej komunikacji publicznej, funkcjonariusze narażają życie, jeżdżąc za autobusami i, co jakiś czas, wyrzucając nadmiarowych pasażerów na przystanki. Po drodze widzę patrol, który zatrzymuje jakiegoś gościa bez maski na twarzy. Wypadek na przedostatnim skrzyżowaniu. – Karetka, niebieska dyskoteka, ludzie w kombinezonach. Strażacy każą jechać dalej, kawałek po chodniku; docieramy do domu.
Spotkani sąsiedzi patrzą na nas z furią w oczach. – W szpitalu nie zaopatrzono mnie w maskę. – Omijają bardzo szerokim łukiem. Jakiś Marsjanin, w którym rozpoznaję faceta z piętra, wymachuje rękami.
– Policja! Bez maski! Kwarantanna! Korona! Epidemia…! – wrzeszczy zduszonym przez materiał głosem. Zgniłozielona twarz podskakuje w rytm bulgocących dźwięków. Wygląda na kogoś, kto może zrobić krzywdę.
Uciekamy szybko na drugą stronę ulicy. – Dwieście metrów z samochodu do domu stanowi wyczyn godzien wyprawy na Biegun Południowy. – Nadciąga wieczór, idzie na deszcz. Zimno mokrego przedwiośnia. Niewidzialne zarazki unoszą się w wilgotnym powietrzu. – Chowam głowę w kapturze i szybko docieramy do drzwi.
Babcia z Dzieciakami szaleją po domu. Ich dźwięki słychać ich już od klatki schodowej. Przez dłuższą chwilę nie zauważają naszego przyjścia. Ryk, bieganie, Potomstwo nosi ślady świeżych obrażeń; najwyraźniej trwa wojna domowa. – Babcia, schowana w łazience, siedzi i płacze. Maseczka na jej twarzy cała przesiąkła, nie ma zapasowej…
Babcia, lat sześćdziesiąt, z powodu podwyższonego ryzyka zakażenia, nosi maseczkę przez całą dobę. Jedną. Bo nie ma drugiej. Towar deficytowy.
Uwalniam Babcię z toalety. Bez słowa rzuca się do drzwi, wybiega bez pożegnania.
Ania ściąga maskę. Próbuje przekrzyczeć dzieciaki. Ja chowam się w kącie przedpokoju, zatykam histerycznie uszy.
Pięćdziesiąt metrów kwadratowych przestrzeni napiera ze wszystkich stron. Wzrasta, gdzieś wewnątrz, totalne odrealnienie. Zwijam się w kłębek, okrywam dresem głowę i opadam powoli na zimną podłogę…

(cdn…)

Mentalna zaraza (Mgła)

W oddziale panuje spokój. Nie ma wizyt lekarskich, pielęgniarki dozorują nas (tak, tak: Nas) przez monitoring, dzięki czemu ich styczność z chorymi ograniczona jest do minimum. Są trzy posiłki: ósma, dwunasta i siedemnasta. Leki: ósma trzydzieści, czternasta i dwudziesta. Poza tym nie ma nic do roboty. Zawieszono dodatkowe zajęcia, które odbywały się – jakoby – przed Zarazą. Teraz nie wolno wychodzić poza oddział, do użytku jest sala telewizyjna, gdzie od rana do nocy nadają Program 1 TVP.
Wiadomości, seriale i msze święte. Nieliczna grupka wpatruje się w kolorowy ekran.
Uciekam do łóżka. – Na Sali jest ich osiem; moje przy oknie. – Odwracam się i zapadam w letarg.
Przed oczami przepływają obrazy z życia. Próbuję zatrzymywać wspomnienia z tych miłych chwil. Młodzieńcze miłostki, czas studiów, liceum… Tyle lat!
Pstryk!
Wraca Pierwsza i Druga Miłość Mojego Życia. Zatarta przez czas pamięć przywołuje tylko te miłe chwile. Jakaś jesień, noc w schronisku, kilkudniowa wyprawa w bezludne góry. Bez turystów, z wczesnojesiennym wiatrem i gwiazdami na niebie.
Mój pierwszy raz. Bez dragów, w takim małym schronisku, gdzie była tylko jedna, dwunastoosobowa, sala. I żywej duszy, oprócz chatara, piętro niżej, i nas dwojga. Zupełnie na trzeźwo (dzięki Ci, Losie!), nie przespane dwie trzecie nocy. Jej zapach i smak; nieporadny dotyk… Była zakochana, ja też. – Tak obrzydliwie romantycznie, jak to się czasami zdarza w życiu.
Trzymam się pamięcią tych kilku przeżytych dni, odsuwam wszystko, co nastąpiło później. Wywalam z pamięci zakończenia, mój skok w dragi, exitus ze studiów; imprezy z szybkim seksem, bezimiennym, bez konsekwencji.
Te góry. I tamte, później. To dziwne, ale zawsze jakoś w okolicach jesieni się zaczynało, a kończyło na wiosnę. Wtedy tak dobrze czułem zapachy. – Jeszcze niezniszczone powonienie nadmiarem fajek. – Woń spadających liści, deszczu i podnieconej kobiety, blisko…blisko… Świecące w ciemnościach oczy, nasze oddechy łamiące tę wielką ciszę.
Noc i gwiazdy. Sklecone naprędce ognisko, nieco fałszujący dźwięk gitary, mało skomplikowane piosenki…
Czwarta nad ranem
może sen przyjdzie
może mnie odwiedzisz
Czwarta nad ranem…
…śpiewane „only for you”. Oczy. Dźwięki. Dotyk. Ulotny Wszechświat dwojga osób. Przeczucie, że nic złego nie może się wydarzyć…
Młodość, tak naiwna z perspektywy czasu, bo przecież niedługo później…
Nie ma żadnego później! Wtłaczam się w mentalną mgłę wyidealizowanych wspomnień. Odwrócony twarzą do okna. W Wariatkowie, gdzie znalazłem się przez kolejną, własną głupotę. Ledwie odtruty z heroinowego ciągu. Bez możliwości wyjścia, w horyzontalnej pozycji, wyobcowany z realnego świata.
– Zapraszamy na obiad – świszczący ryk głośników wyrywa z dalekiej podróży.

(cdn…)

Mentalna zaraza (Dzień wiosny)

Straciłem rachubę. Przez tydzień, bujając się w oparach heroiny, nie docierały wieści o postępach Zarazy. Jakieś strzępy: Naród nasz bohaterski jest w obliczu zagrożenia. Ktoś z powodu COVID-19 umarł… Kłębiąca się Rodzina wysyłała słabe sygnały o swoim istnieniu, gdy tymczasem ja wdychałem kryształki brown sugar ukryte w bazie do e-papierosa. Pełen komfort za kilkaset złotych dziennie. Nikt niczego nie zauważył, stałem się miły, wyprowadzałem Potomstwo na długie spacery. Anka mogła spokojnie take jej home office; służyłem pomocą przy okiełznaniu nieletnich członków Rodziny. – Wzór Ojca!
Sielanka Do Czasu.
Nie wiem, czy towar (w kolejnych dniach niestety nie „gratis”) był trefny, czy mój zorany mózg przestał przyswajać Używkę, w każdym razie
się skończyło.
Przestałem spać. Później był lęk przed ludźmi; w końcu – w środku głowy – mój własny głos: „zabij się, zabij się”. Albo: „policja cię ma, namierzyli twój telefon, zaraz będą” słyszałem pisk podsłuchu w telefonie. – Tak, bałem się coraz bardziej. – Wybiegłem na opustoszałą ulicę i – z obłędem w oczach – uciekałem, uciekałem, aż uciekłem w niebyt.
Zatrzymał mnie patrol w mało znanej mi części Miasta. Przerażenie. Krzyczałem głośno w odpowiedzi na własne rojenia i pytania dobrotliwych Funkcjonariuszy, które kompletnie się wymieszały. – Chyba nie byłem dość przekonujący, wezwali karetkę. – Kierunek: szpital.
Szpital W Trakcie Zarazy.
Głos w głowie jest coraz głośniejszy. Wokół ludzie: cywile i tacy w maskach i rękawiczkach, z goglami na oczach. Tłum. Krzyczą, kaszlą, wpatrują się tępo w przestrzeń. Z pięćdziesiąt osób. Krążący ludzie w uniformach, z takim samym obłędem na skrawkach odsłoniętych twarzy. – Personel? – Gdyby nie odzież, nikt by się nie połapał, who is who.
Po czterech godzinach w zatłoczonej poczekalni przyjmuje mnie jegomość, podający się za Psychiatrę, zadaje kilka pytań, później wypełnia jakieś papiery, dalej – bez słowa – dwóch silnych gości prowadzi mnie do sympatycznego oddzialiku, gdzie drzwi otwierają plastikową kartą.
Bum z tyłu. Najwyraźniej jestem zamknięty. Jakieś twarze i ten dziwny zapach, ni to lęku, ni przepoconych koszul; nie do zapomnienia.
Nie pamiętam dokładnie, co się działo na początku. – Jacyś ludzie, opakowani w zielone uniformy, z maskami na twarzach, w rękawiczkach… Oni coś mówią, mówi mój głos w głowie; straszny chaos; chyba próbuję uciekać, coś krzyczę, zastrzyk, potem drugi. Przestaję stawiać opór.
Budzę się skrępowany jak baleron. Ciasny kaftan, potworne gorąco; ani ręką, ani nogą; trudno otworzyć oczy. Zastrzyk. Kolejny. Zasypiam w tym niezbyt komfortowym ubranku, przywiązany do łóżka parcianymi pasami.
Dzień? Dwa? Cztery? Zmartwychwstaję po jakimś czasie.
Najpierw słyszę głośny krzyk faceta na łóżku obok. Otwieram oczy. – Kaftan zdjęto w czasie mej farmakologicznej śpiączki, są tylko pasy krępujące ręce i nogi. – Anka siedzi obok, twarz zakrywa jednorazowa maseczka, poznaję ją po oczach. Zakłopotanych.
– Jak ci? – pyta.
– Nie wiem. Chyba lepiej. Nic nie pamiętam. Jak długo…?
– Trzy dni. Szukałam cię przez Facebooka, policja ma inne priorytety…
– Co się stało? – Przytomnieję w kilka sekund.
– Zniknąłeś. Mówiłeś, że wychodzisz do sklepu. I jeszcze coś, o tym, że jakaś policja. Wiesz? Ostatnio wygadywałeś straszne bzdury.
– ? Gdzie jestem? Co będzie?
– Pytałam doktorkę, mówi, że to jakaś „syfoza”. I że to może być przez Koronawirusa. Wiesz, zrobili ci testy. Musisz czekać, aż będą wyniki. Później cię wypiszą. Albo przeniosą na Zakaźny.
– To szpital?
– Psychiatryczny.
– O, Jezu! – Wzdycham. Chyba przegiąłem.
– Wypisz mnie stąd – próbuję brać żonę na litość. Psychiatryk, rany boskie!
– Nie mogę. Doktorka mówiła, że coś bez zgody i mogą cię trzymać do dziesięciu dni.
– Kurwa.
Wygląda na to, że Anka nic nie wie o moich „kryształkach”. Widać, nie badali na obecność narkotyków; teraz testują tylko anty-COVID-19. – Ten obok ciągle krzyczy.
– Poproszę, może zwolnią cię z tych pasów.
– Powiedz im, że będę grzeczny. – Wyraźnie oprzytomniałem. – Wygląda na to, że zostałem wariatem.
– Dobra. Idę już.
Smutny wzrok Ani znad maski osłaniającej twarz.

(cdn…)

Mentalna zaraza (dzień czwarty, bohaterski)

Z powodu zamknięcia placówek oświatowych, nasze pociechy pozostają w domu przez 24/24, 7 dni w tygodniu. Progenitura kotłuje się od szóstej rano w pięćdziesięciu metrach kwadratowych standardowego mieszkania. Czyli naszego.
Biegają, przed chwilą zaczęli się kłócić; nie próbuję dojść przyczyny. Badam możliwość odizolowania, choćby na pół godziny, czytając kryminał. – „Córeczka” Agathy Christie okazuje się być kiepskim romansem i zamiast uspokoić, rozdrażnia coraz bardziej swoją pseudo-psychologiczną narracją. – Małżonka z oszalałym wyrazem twarzy podłącza laptopa do sieci. Będzie pracować „z domu”.
Muszę coś zdobyć na to moje nieszczęsne kolano i jak najszybciej uciec stąd, nawet w żywą przestrzeń rozprzestrzeniania się Wirusa. Jestem gotów iść dokądkolwiek, choćby na Mszę świętą. Częstotliwość artykulacji wrzasków przez Potomstwo rozsadza głowę. Ania, z założonymi słuchawkami tłumaczy coś klientowi po drugiej stronie wirtualnego przewodu. Gapi się w korporacyjny monitor. Agatka przerywa jej płaczliwym głosem: „mamo, mamo…”; Jacek wyje. Myślę, że p o w i n i e n e m wziąć ich gdzieś na zewnątrz.
No, tak.
Wściekłość pompuje mnie jak nadmuchiwany balonik. – Chaos, wrzaski i to pieprzony ból. Nawet nie mam zwolnienia, wezmę urlop na żądanie, dostać się do lekarza graniczy z cudem. Nawet za pieniądze.
Zaraz rzucę komputerem, albo wyskoczę przez zamknięte okno. Zamykam się w sypialni, po dwóch minutach wpada Jacek.
– Buuuu. Bo Agatka… buuu…
– Proszę, Jacku, trochę ciszej – najwyraźniej zaczynam wrzeszczeć. Syn wyje coraz głośniej, wypadam z sypialni, zamykam się z telefonem w łazience. Dzwonię.
– Cześć. Biorę urlop na żądanie.
– Nie możesz – pada z drugiej strony słuchawki. – Nie ma kto pracować, przełożony może…
Tak, tak, wiem, co może przełożony. Ale ja nie pójdę do pracy, zresztą jest za późno. Zwolnienie z powodu zepsutego kolana, wydane jeszcze przed Zarazą, skończyło się w piątek. Dziś miałem iść na kontrolę, ale przychodnia zwiesiła działalność.
– Róbcie co chcecie – rzucam w słuchawkę. – Ja dzisiaj nie przyjdę.
„Dzisiaj, jutro, być może nigdy. Odpierdolcie się z całym zasranym przełożonym, dyrektorem i kontraktem do wykonania”. Wściekły wciskam, zbyt mocno, czerwony przycisk. Zbawienny czerwony przycisk. Zbawienny znaczek samolotu na ekranie: możesz dotknąć i zniknąć z Sieci.
Chyba jest mi wszystko jedno. Wystukuję numer do dawnego znajomego.
– Część, to ja, Tomek. Pamiętasz?
– Cześć. Tak.
– Potrzebuję coś na znieczulenie.
– Nie ma sprawy, na kiedy? – Mafia w czasach Zarazy działa bez zarzutu.
– Jak najszybciej. Boli i zaraz pęknę. Jestem naładowany wkurwem.
– A to nie dziwota – pełen zrozumienia głos po drugiej stronie. – To co będzie? Brown? Jak kiedyś?
Tak. Brown zdecydowanie znieczula. Fizycznie i psychicznie. Kiedyś postanowiłem rzucić i udawało się przez te parę lat bez chemii. Ożeniłem się, spłodziłem dwójkę Potomków, dostałem nową pracę. – Ale teraz sytuacja jest w y j ą t k o w a. Zaraz coś rozpierdolę. Albo kogoś.
– Nie możesz skombinować jeszcze L4? Potrzebuję dwóch tygodni.
– Zrobi się. Dopiszę do rachunku.
– Ile?
– Jak dla ciebie, nie ma sprawy. Dzisiaj gratis.
Daje coś za darmo? To bardzo wysoka cena, ale się zgadzam.
– Za godzinę. Do ciebie?
– Nie, może pod blok. Udam, że wyrzucam śmieci, w domu jest kocioł.
– 8:45?
– O.K. – Rozłącza się. Mam pół godziny, żeby wytrzymać.
Punktualnie podjeżdża niepozorny chłopaczek na rowerze, z plecakiem: „Przesyłki kurierskie, szybko i tanio. Zadzwoń: 997 997 997”. – Wychodzę wyrzucić śmieci. Bez słowa podaje paczuszkę. I potwierdzenie elektronicznego zwolnienia, „chory może chodzić”.
– Dzięki. Cześć.
– Do jutra.
Do jutra? No, tak. Chłoptaś ma doświadczenie.
Resztką rozsądku odnajduję ikonkę samolociku na ekranie telefonu. „Tryb samolotowy”. Jestem off-line. Zapalam lufkę w wiacie na śmietnik. Wystarczają trzy machy i świat łagodnieje. Po kilku minutach wchodzę na piętro. – Nie zauważyli mojego braku. – Teraz odgłosy bitwy dochodzą jak zza miękkiej waty, ból ustąpił na rzecz przyjemnego zdrętwienia. Proponuję, że wezmę Dzieciaki na plac zabaw, Anka jest zdziwiona, ale nie reaguje.
– Super. Wreszcie zamknę zaległe kejsy. Wytrzymacie z godzinkę?
– Tak, może przejdziemy się jeszcze na spacerek.
Ania patrzy podejrzliwie, ale chyba przechodzi do porządku dziennego.
– Jesteś kochany – uśmiecha się.
– Ty też – staram się nie patrzeć jej w oczy.
Udało się. Ubieram Potomstwo, nie bez pewnego trudu; wychodzimy.
W kieszeni zostało jeszcze trzy czwarte paczuszki. Jak będę miał pustą chatę, zrobię z tego roztwór i wpuszczę do e-papierosa.
Prasa podaje wiadomość o dwudziestu pięciu zachorowaniach w ciągu ostatniego dnia. – To jest 0,000025% populacji naszej Ojczyzny. Zaraza bezwzględnie postępuje. – „Rząd rozpatruje możliwość wprowadzenia stanu wyjątkowego…”
Chowam Smartfona. Przymykam oczy. Słońce. Ciepło. Stan wyjątkowy. Gdzieś tam bawią się moje dzieci.

Mentalna zaraza (dzień drugi i trzeci)

Nasza Gazeta podała, że w Ojczyźnie zachorowało już dziewięćdziesiąt sześć osób (tj, 0,0024% populacji), a w ogóle to należy pozostać w domu.
Po pustym mieście snują się pojedyncze osoby z maskami na twarzy i w rękawiczkach. Decyzją Rządu zlikwidowano kolej, samoloty, zamknięto granice. Zalecono kontakty przez Skype® i Facebook®; udział w Mszach Świętych.
Kto może pracuje zdalnie, zajmując się jednocześnie pilnowaniem progenitury, wyzwolonej z ławek szkolnych.
Prasa ani Rząd nie poświęcają już uwagi tym, którzy chorują i umierają z bardziej błahych powodów. Na przykład z powodu raka (dwieście pięćdziesiąt cztery osoby na 100 000 rocznie, co daje 2,5% populacji). Sąsiadka ma wyznaczony termin amputacji piersi na wczoraj, ale Szpital zawiesił zabiegi, dostęp mają tylko osoby z podejrzeniem Wirusa.
Biskup Metropolita ogłasza w homilii, że to wszystko jest Karą Bożą za LGBT. Frekwencja na nabożeństwach jest spora. Msze święte transmitują też Radio, TV i Prasa.
To przez pedałów i ruskich drugi dzień szukam czegoś na ból tego feralnego kolana. Penicylina zacznie pomagać za – jak powiedziała Lekarka – jakieś trzy tygodnie. W aptekach od ręki dostępne są jedynie suplementy diety, mój zamówiony Aulin® gdzieś zaginął, e-recepta jakoby została wykorzystana; leku brak.
– Nie ma. Nie odbierał pan? – Pani w okienku wyraża zdziwienie. – Tu mam, że recepta zrealizowana.
– Zamawiałem u państwa wczoraj – wściekam się, lecz staram się być grzeczny.
– Niemożliwe. Może pan wykupił gdzieś indziej? Mam tu – pokazuje na monitor odwrócony do mnie plecami – widzi pan, odhaczona.
– To co mam zrobić? – Grymas bólu wykrzywia twarz. Patrzę ogłupiały na tył ekranu.
– Niech pan idzie do lekarza. – Pani w okienku podnosi zmęczony wzrok. – Na pewno wypisze. Mogę dać coś bez recepty.
– Co?
– Mamy Paracetamol Teva®. Bardzo skuteczny i nie obciąża żołądka.
Nie dyskutuję. Od tygodnia zużyłem cztery opakowania Paracetamolu Teva®. Z marnym skutkiem przeciwbólowym, za to z objawami zatrucia: ból wątroby, rzyganie; czułem się jak na haju. Gdy przeczytałem ulotkę, okazało się, że nie wolno zażywać więcej niż cztery tabletki na dobę.
– To ja dziękuję. – Kolejka za mną faluje nerwowo. Gdy zaczynam kaszleć, stojące za mną osoby stają się agresywne.
– Zarażasz innych, gnojku! – Młodzieniec od razu przechodzi na „ty”. Twarz mu się zmienia, natężenie głosu rośnie w skali logarytmicznej. Do chóru dołączają kolejne osoby, ze wskazaniem na staruszka uzbrojonego w laskę; ewakuuję się.
„Kurwa” – myślę. – „W tym całym burdelu znikła moja recepta”. Ból przeszywa chore kolano przy każdej próbie ruchu. Krople potu na czole. Postanawiam usztywnić nogę bandażem i nie ruszać się z domu. – „Nie wytrzymam kolejnej godziny w kolejce po recepty” – myślę. – „Dość na dzisiaj”.
Zlany potem kuśtykam do domu. Już przed wejściem słyszę wycie młodszej latorośli. Na klatce mijam sąsiadkę, tę od raka piersi.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry. – Dobry?
Przekręcam klucz w zamku, gigantyczny telewizor nadaje Wiadomości. – „Pierwsza śmiertelna ofiara wirusa…”

Mentalna zaraza (dzień pierwszy)

Już prawie czterdzieści osób w kraju jest zarażone nową odmianą wirusa. Rząd wprowadza specjalne środki zapobiegawcze, Prezydent wyjechał na urlop. Pani w sklepie spożywczym obsługuje w rękawiczkach. – Nie żeby zmieniała chociaż co dziesięć minut; zaparzone w lateksie dłonie przeliczają pieniądze; ludzie kaszlą i kichają zwykłą grypą. – Specjalnie powołane komisje postanawiają zlikwidować imprezy masowe takie, jak przedstawienia w kinie, czy pobyt w tramwaju. Episkopat nawołuje do zwiększenia liczby mszy, bo tylko modlitwa uratuje nas przed kataklizmem. Katastrofalnie przeludnione przedszkola i szkoły zawieszają działalność; dzieci nie mają z kim zostać, więc obywatele masowo nie idą do pracy, wykupują jedzenie w sklepach.
Odbijam się od zamkniętej przychodni, gdzie miałem wyznaczony termin. Leki się kończą, niedługo pewnie zamkną apteki. – Nie mam wyjścia, umawiam wizytę w prywatnym gabinecie. Dwie stówy w plecy, ale po dopłaceniu kolejnej setki jestem w posiadaniu żelaznego zapasu na miesiąc.
Media donoszą o wojnie hybrydowej. – Ten wirus to pewnie atak Chińczyków na cywilizowane kraje. – Puszczają mi nerwy, kupuję ostatnie dziesięć kartonów mleka i dwadzieścia kilo mąki. Jajka się skończyły, podobno wieczorem dowiozą chleb. –
Dzieciaki wrzeszczą. Chciałbym je wziąć na spacer, ale – jak na złość – właśnie popsuło mi się kolano; zasięg na butach kończy się w okolicach tysiąca metrów.
Ranyboskie! Penicylina na ukończeniu, szukam w Internecie kogoś, kto – odpłatnie – przepisze mi kolejną receptę.
– To pilne?
– Jutro skończą się leki.
– W porządku – słyszę w słuchawce – proszę przyjść na osiemnastą pięćdziesiąt.
Tylko jak? Tramwaje nie jeżdżą z powodu zagrożenia. Biorę samochód, podjeżdżam, wizyta trwa dziesięć minut. W poczekalni tłum. Czekam godzinę. Rozstaję się z kolejną stówą.
W Telewizorze Pan w Okularach głosi:
„Rząd nad wszystkim panuje. Rozsyłamy ulotki, jak zabezpieczyć się przed wirusem… Zwiększymy ilość mszy świętych…”
Apteka. Kichanie i prychanie. Tłum faluje, odstaję w boleściach swoje pół godziny. Penicylina jeszcze jest. Kolano wysiadło całkiem. Z bólem wciskam pedał sprzęgła.
Do wieczora odnotowano dwa niepotwierdzone zachorowania. O pięćset kilometrów stąd. Wracam do domu.  (cdn.)

Zmiana leków

Halny rozwiał smog, ciężkie chmury siąpią deszczem; luty… Wyraźnie przybyło dnia, z wiosną i wiatrem rośnie liczba samobójstw. Ból głowy, starannie zasłaniane okna; muzyka z laptopa łagodzi napięcie oszalałych neuronów. Wieczór znad książki: by uciec, schować się przed szarugą…Tak, uciekam sobie…
Choroba nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Trzeba będzie pójść do pracy, zebrać myśli na te kilka godzin, które sam wydzieliłem.
Choroba niczego nie usprawiedliwia, ale próbuję być dla siebie bardziej łagodny, niż kiedyś.
– Gdy nie pokochasz siebie, będzie ci trudno pokochać kogokolwiek.
– Litość to nie współczucie, to agresywna forma samouwielbienia.
I te de…
Zdaje się, że trzeba znowu zacząć od początku. Czy inaczej?
Oszalałe neurony podpowiadają nazwisko psychiatry, który omal nie wymordował połowy mojej rodziny. – Byłoby z tego opowiadanie, ale trzeba je napisać…
Na razie:
Miniaturki,
Do pracy trzy razy w tygodniu, na krótko…
Zająć weekendy, zająć!
ZUS przyznał rentę z której w całości opłacę składkę na ZUS. I tak dalej…
Wiatr, niepokój, czekanie: że coś się wydarzy; zamiana leków robi z mózgu sieczkę, za jakieś trzy tygodnie powinno się zrobić normalniej. I nie drżą palce, nie mogąc trafić w klawiaturę, już nie drżą…