21.02.2001

Wypaliłem się. 

Na swoje usprawiedliwienie chciałbym dodać, że chciałem być w jakiś sposób użyteczny. Bo okazało się, że nie potrafię niczego innego, tylko leczyć ludzi. 

Leczyłem. Do zamordowania się, ciężkiej choroby, wypalenia w końcu. 

Wiem, że nic mnie nie usprawiedliwia w oczach tych, co jeszcze chcą być przy mnie. 

Jestem grudką popiołu pragnącą śmierci. 

Nie chcę szczęścia wiecznego, to jakiś koszmar. 

Nie chcę wpleść się w Ziemię, wypalić w ogniu, pozostać w jakikolwiek sposób, choćby pisząc te słowa. 

Piszę dla siebie. 

Nie musicie, zapewne nie chcecie, czytać. 

Wypaliłem się. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Trzeba ponieść karę? Konsekwencje? 

Nie jestem gotów. 

Wypaliłem się. Nie umiem płakać. 

Kilka słów o agonii

1. Powietrze

Usta na wpół otwarte. Łapią powietrze, żeby żyć. Bezwzrok od dawna już, bezsłuch… Tylko usta, żyjące jeszcze: wdech – wydech. 

Nie mogą się zamknąć, wydają krzyk przy każdym oddechu, przepona pracuje równo, szybko, zbyt szybko… Oczy nie poznają, uszy słyszą znane tylko sobie dźwięki. Usta spierzchnięte domagają się wody, czuć ruch powietrza… 

Jak długo to potrwa? Jak długo usta będą łapać oddech, jak długo płuca przemienią je w rozpuszczony tlen? 

Dopóki wydają krzyk, można by sądzić, że konanie potrwa jeszcze długo, dużo siły w półotwartych ustach. 

Dużo siły, długo… Nie zawsze dobrze mieć dużo siły… 

2. Requiem

Wydzwaniał ktoś kilka razy, nie odbierałem, nie znałem tego numeru. Gdy dojechaliśmy na miejsce, była cała żółta, jeszcze ciepła, umarła nie dawniej, niż przed pół godziną. Tylko głucha współlokatorka z pokoju, zawodziła z sąsiedniego łóżka, nikomu innemu nie drgnęła twarz. 

Rzeczowe pytania, rzeczowe odpowiedzi, zakład pogrzebowy odciąża znacznie z formalności. – Pełen profesjonalizm. – Od razu wybór trumny, jaki wieniec, wiązanka… Dokąd dowieźć i na kiedy, ustalimy później. Są święta, Urząd nieczynny. 

Złożenia w trumnę nie widziałem. Pogłaskałem tylko zwłoki po głowie, jakby coś jeszcze czuły. Spóźniliśmy się: ojciec i ja. 

Zakryta twarz prześcieradłem, ostatni widok, jaki wynoszę………. 

chmura

głowa w los angeles szyja w vanuatu
członek zmrożony nie staje w murmańsku
brzuch jest tu

na tysiącach serwerów zapisane
ja-ja-ja-ja-ja-
porozdzielane w globalnej wiosce
patrzę w ekran tu
odnajduję tożsamość
zapisaną w chmurze obliczeniowej

co będzie jak zabraknie prądu?

(***)

do czego potrzebna mi poezja?
pisanie wierszy których nikt nie czyta
albo wyśmiewa wersy złożone nieporadnie

układanie słów to jak oglądanie meczu
gra w wiedźmina czytanie gazety
nie rozszerzy horyzontów nie uczyni
człowiekiem
nie uchroni od zapomnienia

do czego potrzebny mi wiersz?
wrzucę go na socjal-page
może ktoś się odezwie?

dom

widać stąd czarny las
bez zapachu
tylko wiosną wyrasta trawa która jednak
nigdy nie będzie świeża

w tym kraju
drzewa na krótko zielenieją –
gdy przysypie je konfetti
rzucone ręką szaleńca
a developerzy nie podłożą ognia
i nie zrównają buldożerami

mieszkam w starym więzieniu
otoczony zdjęciami pluszowych ssaków
bez kominka i wody
widać stąd miasto
i czarną ścianę lasu który
nie zmienia koloru na wiosnę

24.XII

i ja i ty
i oni też
wściekli od rana
milcząca nienawiść w twych oczach
zielonych otwartych
szerzej niż zwykle

zmęczeni i wściekli
ktoś włączył „życzenia świąteczne”

pierwszy dzień wojny
domowej
tylko dzieci bawią się dobrze
(dopóki ktoś w nich nie strzeli)

nie odzywamy się
krzyczymy wyciągając
schowane w prezentach
noże

i ja i ty
i oni też
świętujemy od -
- rana

moje niebo

słońce ciemnieje na nieboskłonie
upadają kruche promienie
rozsypują się zanim
je zobaczę

biegłem smagany batem
niepotrzebności. otrzymanym z rąk matki
przejąłem jak sztandar
(gdy łopotał na wietrze
ranił plecy i podbrzusze)

zbędność z uniesioną głową

nie narodziło się dziecko
tylko te akty zgonów
podbijane jeden za drugim

teraz podkręcam kaloryfer
ubieram dziesięć par
podkoszulków

w południe twarz ku górze
nie ogrzeje oczu kryształ
gasnącej gwiazdy

jest coraz słabsza
jak dopalający się pet
brak pomysłu na dalszy ciąg
topniejący śnieg

niebo chyli się ku wieczorowi
matowy promień oplata
nawet niepotrzebny człowiek
nie rozpali słońca